Szklana pułapka 4.0
Jeden z największych twardzieli dużego ekranu, nieustraszony John McClane, powrócił. Bez wiecznie ubrudzonego podkoszulka, z mniejszą ilością włosów, jednak ciągle ze swoim słynnym uśmiechem na twarzy, jest gotów ponownie stanąć po stronie prawa i skopać kilka tyłków. Mimo jego wieku, zadanie, z jakim przyjdzie mu się zmierzyć, jest o wiele trudniejsze niż te, z którymi spotykał się dotychczas. Otóż grupa terrorystów, z pomocą kilku uzdolnionych hakerów, zdołała przejąć kontrolę nad wszystkim, co sterowane jest za pomocą komputerów, czyli w przypadku USA nad prawie wszystkim, co istnieje. Akcja zwana „wyprzedaż po pożarze” wprowadza w Stanach chaos i tylko jeden człowiek, a jakże, z pomocą młodego hakera, może przeszkodzić terrorystom.
Szklana pułapka 4.0 to typowy film akcji. Cała seria zresztą koncentrowała się na strzelaninach, wybuchach itp. itd. W czwartej części jest tego chyba nawet więcej niż w poprzednich trzech razem wziętych. Korzystając z rady mistrza kina grozy – Alfreda Hitchcocka – twórcy Live Free or Die Hard postanowili rozpocząć swój obraz od wybuchu, a dokładnie od strzelaniny, a potem starają się trzymać nas w napięciu.
Wychodzi im to różnie. Owszem, na brak kul przeszywających powietrze i wrogów Johna McClane’a nie można narzekać. Na spektakularne, indywidualne akcje doświadczonego policjanta przeciw kilku terrorystom jak najbardziej możemy liczyć, jednak tym razem momentami twórcy nieco przesadzają. Rozumiem, że wszystkie elementy otoczenia strzelaniny z niewyjaśnionego powodu sprzyjają stojącym po stronie prawa, jednak czasami dziwi w jaki sposób John, na pewno nie profesor fizyki czy matematyki, z taką łatwością oblicza kąty upadku, spadku, odbicia, wybicia i czego jeszcze chcecie, aby sprawić, że na przykład samochód puszczony samotnie w stronę wyjazdu z tunelu, jest w stanie zniszczyć helikopter.
Takich „kwiatków” jest jednak tylko parę, i nie drażnią zbytnio podczas seansu, ba, wprowadzają nawet element humorystyczny do całego filmu. O wiele bardziej męczące są patetyczne, wzniosłe, pełne „mądrości” wypowiedzi Johna na tema bycia bohaterem, jak ciężki i niewdzięczny to kawałek chleba. „Nie wiem, nie przeżyłem, nie interesuje mnie to, lepiej kogoś zabij lub coś wysadź” – chciałoby się w takim momencie powiedzieć.
Szklana pułapka 4.0 miała być bezpretensjonalnym, nie wymagającym wysiłku szarych komórek, typowym filmem akcji i w tych kategoriach jak najbardziej się sprawdza. Patrząc jednak na pomysły twórców odnoście finezji bohaterów filmów w niszczeniu wszystkiego i wszystkich, podczas seansu zacząłem się obawiać, co w takim razie będzie w stanie zrobić Rambo w najnowszej części swoich przygód? Za pomocą noża wyciąć w pień całą Al-Kaidę? Oby nie. W każdym razie na Szklaną pułapkę 4.0 warto iść, choćby po to, by po raz kolejny usłyszeć Yippee-ki-yay, motherfucker.
Ocena: 4/6
Krypto(?)reklama
Dziewiąty odcinek czwartej serii Magdy M. (tak, tak:)) Jedna z bohaterek, pracująca w banku, pyta się swojej asystentki czemu klienci likwidują u nich lokaty. Ta odpowiada, że przenoszą je do konkurencji. W tym momencie na ekranie laptopa pojawia się witryna jednego z większych banków realnie działających w Polsce, na co nasza bohaterka reaguje słowami: “Aaaa, bo u nich można wpłacać i wypłacać bez utraty odsetek”. Jej asystentka dodaje: “I to na rachunku oszczędnościowym”.
Przyznam że po tym fragmencie poczułem się jak człowiek całkowicie olewany przez producentów i robiony przez nich w, przepraszam za wyrażenie, nie cenzurujcie, wała. Od tego co zrobili twórcy serialu do wklejenia całego spotu reklamowego w odcinek już niedaleka droga. Czy to jeszcze kryptoreklama czy już po prostu reklama? Zbulwersowałem się i stąd ta notka.
Kobiety lubią krew
Telewizja Sky Movies Sci-fi & Horror opublikowała wyniki plebiscytu na film, który chętnie oglądamy po kilka razy. Przyznam, wyniki (możecie je zobaczyć na Onecie) nadzwyczaj interesujące. Otóż jeżeli chodzi o produkcje wybrane przez mężczyzn, wielkiego zaskoczenia nie ma, natomiast w przypadku kobiet zdziwić się można i to kilka razy.
Oczywiście w dziesiątce najczęściej oglądanych przez przedstawicielki płci pięknej filmów nie mogło zabraknąć takich pozycji, jak Dirty Dancing, Grease, czy Pretty Woman. To nikogo nie dziwi. Zastanawia już jednak na przykład druga pozycja trylogii Gwiezdne Wojny. Osobiście wiadomość ta zszokowała mnie. Zawsze wyobrażałem sobie Star Wars, skądinąd jeden z moich ulubionych filmów, jako rozrywkę dla dzieci i dużych dzieci, czyli nas – mężczyzn. Z obserwacji koleżanek, znajomych wynikało jednoznacznie, że zgraja facetów latających dziwnymi pojazdami kosmicznymi, czy też okładających się różnokolorowymi jarzeniówkami, to nie jest to co kobiety bawi, wywołuje raczej niesmak na ich twarzach. Jedynym wyjaśnieniem jakie przyszło mi do głowy była obecność w tym filmie Harrisona Forda, młodziutkiego ówcześnie bożyszcza damskiej części widowni. Uznałem je początkowo za nieco naciągane, jednak po chwili zacząłem się ku niemu coraz bardziej skłaniać.
A to za sprawą szóstej pozycji w tym zestawieniu trylogii Władcy Pierścieni (wyżej niż u mężczyzn!). Spytacie jaki to ma związek z Harrisonem Fordem. Żadnego. Faktem jednak jest iż we Władcy Pierścieni uświadczymy kolejne, tym razem bardziej aktualne bożyszcze pań, czy też nastolatek – Orlando Bloma. I choćbyśmy myśleli, że wygląda niesamowicie głupio z długimi blond włosami, spiczastymi uszami, surfując na tarczy, wszystko wskazuje na to, że kobietom się podoba.
Wróćmy jednak do rankingu. I mamy kolejne zaskoczenie – na ósmym miejscu Terminator. Kto tym razem się kobietom spodobał? Po dokładnym przejrzeniu obsady, wyszło na to, że… Arnie. No cóż widocznie na ten film głosowały wszystkie panie lubujące się w kulturystycznych sylwetkach i mężczyznach potrafiących wymówić zdanie składające się z nie więcej niż trzech słów, stąd ta wysoka pozycja Temrinatora.
Powyższych domysłów byłem prawie że pewien. Do czasu. Oto dziesiąta pozycja, a na niej… Szczęki. W tym momencie cały misterny plan wziął w łeb. Bo raczej wątpię, że Roy Scheider jest na tyle przystojny, by uzyskać głosy tak wielu kobiet. Rekin też do pięknisiów nie należy. Wytłumaczenie, dla mnie bardzo szokujące, jest więc jedno – kobiety po prostu lubią krew i przemoc. Widocznie odgryzanie przez drapieżną rybę mniej drapieżnym ssakom kończyn jest tym, co je kręci.
Wpadł mi więc do głowy pomysł na genialny film, istny kasowy hit. W końcu jak wiemy mężczyźni chodzą do kina głownie z kobietami, na filmy które one wybiorą. Stwórzmy więc produkcję w której naprzeciwko siebie staną: Harrison Ford, Orlando Bloom, Arnold Schwarzenneger, czy inny Brad Pitt. Dodajmy do tego wątek miłosny, najlepiej między głównymi bohaterami, a prostytutkami, tancerkami itp. Fabułę umieśćmy w świecie fantasy lub SF, kwestia gustu. A na koniec niech wszystkich zje rekin. Sukces murowany.
Iluzjonista
Kiedy byłem małym chłopcem pasjonowałem się iluzjonistami, magikami, czarodziejami. Zobaczenie chociażby sztuczki polegającej na wyciąganiu królika z kapelusza sprawiało mi wielką radość. Z wypiekami na twarzy oglądałem w telewizji występy Davida Copperfielda przechodzącego przez Wielki Mur Chiński i sprawiającego, że znikał samolot, pociąg oraz Statua Wolności. Byłem świadom, że to zwykła sztuczka, jednak niemożność logicznego wyjaśnienia tego, co widziałem, nadawała całemu widowisku nieco magii. Pierwsze miesiące tego roku obudziły stare pasje za sprawą dwóch filmów: Prestiżu i wchodzącego właśnie na ekrany naszych kin Iluzjonisty.
Porównania między produkcją Christophera Nolana i obrazem Neila Burgera są nieuniknione, należy jednak na wstępie zaznaczyć, że są to filmy trochę inne. Iluzjonista, w odróżnieniu do Prestiżu, będącego pełną magii zabawą reżysera z widzem i grą konwencjami, jest raczej baśniowym dramatem podszytym niezwykłymi sztuczkami tytułowej postaci.
Fabuła koncentruje się na Eisenheimie – iluzjoniście wystawiającym w Wiedniu niesamowite spektakle. Zdobywa on coraz większy rozgłos, jest uznawany za magika, wzbudza także zainteresowanie księcia Leopolda – sceptyka, gotowego bezlitośnie obnażyć wszystkie jego triki. Do jednej ze sztuczek książe zgłasza swą piękną narzeczoną – Sophie, która okazuje się być wielką miłością Eisenheima z dzieciństwa. Między iluzjonistą i pretendentem do tronu rozpoczyna się walka o urodziwą kobietę. Walka, w której magia, iluzja i intrygi przenikają się wzajemnie…
Neil Burger stworzył film niezwykły. Odwagą w zabawie z widzem dorównuje samemu Nolanowi – mistrzowi w tej dziedzinie. Sprawnie wodzi nas za nos, z jednej strony przekonując, że mamy do czynienia z prawdziwą magią, z drugiej pozostawiając małą dozę niepewności, że może to tylko sprawnie wykonana sztuczka. Historia głównego bohatera na szczęście nie jest tylko tłem dla iluzjonistycznych popisów. Edward Norton stworzył bardzo wiarygodną postać, bezgranicznie zakochaną w pięknej Sophie, gotową zrobić wszystko, aby być z nią. Eisenheim jest przy tym osobą bardzo inteligentną i przebiegłą, co sprawia, że do samego końca nie jesteśmy pewni, czy wyjdzie z potyczki z księciem zwycięsko.
Niebagatelną rolę w budowaniu klimatu filmu miały zdjęcia. Współczesna Praga, udająca Wiedeń początków XX wieku, wygląda baśniowo. Przygaszone zdjęcia, niczym ruchome, akwarelowe obrazy, zachwycają. Dick Pope wspiął się na wyżyny swoich możliwości, prezentując nam miasto pełne magii i tajemnicy. Dzielnie dotrzymuje mu kroku Philip Glass, którego utwory, słyszane delikatnie w tle, zostawiają po sobie wyraźny ślad w naszej pamięci. Nie mamy tu do czynienia z wyrazistymi kompozycjami, ot trochę dźwięków pobrzmiewających na drugim planie, mających jednak ogromny wpływ na budowanie nastroju filmu.
Iluzjonista jest filmem świetnym. Nie byłby nim bez Edwarda Nortona, bez zdjęć Dicka Pope’a i bez muzyki Philipa Lassa. Nie byłby jednak nim przede wszystkim bez sprawnej ręki reżysera – Neila Burgera – który połączył to wszystko w spójną całość, a przy tym nadał całej produkcji magiczny, tajemniczy nastrój. Powstał w efekcie obraz ciekawy, wciągający i pięknie zrealizowany. Polecam.
Ocena: 5/6
Sposób na rekina
W ostatnich latach filmy animowane na stałe wpisały się do repertuaru wytwórni. Producenci praktycznie non stop serwują nam filmy wykorzystujące dobrodziejstwa grafiki komputerowej. Część z nich przeznaczona jest dla dzieci w każdym wieku (czytaj: także dla dorosłych), część skierowana jest głównie do najmłodszych widzów. Jak się okazuje oba typy nie są łatwe do nakręcenia. W pierwszym przypadku ciężko jest znaleźć złoty środek i wyważyć fragmenty dla dzieci i dla dorosłych, aby jedni i drudzy bawili się dobrze podczas seansu. W drugim twórców czeka jeszcze trudniejsze zadanie: dzieci są bardzo wymagającymi widzami i byle czym ich nie zadowolą. Przykładem niezbyt dobrego sprecyzowania docelowej widowni i wyjścia z założenia, że produkcja animowana i tak się spodoba jest Sposób na rekina.
Animacji o rybach było już trochę, wystarczy wspomnieć choćby Gdzie jest Nemo? i Rybki z ferajny. Sposób na rekina opowiada nam o Pysiu – samotnej rybce, która straciła rodziców i zgodnie z obietnicą daną matce wyrusza do rafy, do swojej ciotki Perły. Na miejscu poznaje śliczną (a przy tym bardzo różową) Kornelię. Oczywiście zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Równie jasny jest fakt, że nie od razu przyjdzie im być razem. Na drodze małego Pysia staje Ćwiek – rekin wzbudzający postrach na rafie.
Fabuła niezbyt oryginalna, co akurat w tego typu produkcjach nie zawsze jest wadą nie do wybaczenia. Wystarczy tylko sprawnie poprowadzić akcję, dodać trochę śmiesznych scen, a całość świetnie wykonać i powinno być dobrze. W przypadku Sposobu na rekina niestety nie jest. Po pierwsze pod względem wizualnym film nie zachwyca. Daleko mu do poziomu Shreka, Epoki lodowcowej, czy choćby Sezonu na misia, gdzie animacja postaci i scenografia były po prostu rewelacyjne. Tu są średnie. Również akcja nie porywa, brak jej dynamiki, wszystko rozgrywa się w sposób całkowicie przewidywalny dla widza. Fabuła jest po prostu nudna. Także postaciom brak wyrazistości. Jedynie rekin Ćwiek, genialnie zdubbingowany przez Przemysława Sadowskiego, jako wodna odmiana „dresiarza” sprawdza się znakomicie. „Ziomalska” maniera w mówieniu tylko dodaje mu uroku.
Wykorzystywanie koniunktury na produkcje animowane przez producentów nie zawsze się udaje. Mimo ogromnej popularności tego typu filmów, nie jest łatwo zaciekawić widza. Poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko i nielicznym udaje się jej nie strącić. Bohaterowie Sposobu na rekina do tego grona nie należą. Jak to stwierdziła moja ładniejsza połowa podczas seansu: „Ale emocje… jak na rybach”. Trudno się z nią niestety nie zgodzić.
Ocena: 2,5/6
Królowa
31 sierpnia 1997 roku w Paryżu dochodzi do tragicznego wypadku. Rozpędzony Mercedes uderza w słup w tunelu. Jechała nim Diana Spencer, księżna Walii, w towarzystwie swojego przyjaciela Dodiego Al-Fayeda. Z ciężkimi obrażeniami została przewieziona do szpitala Pitié-Salpêtrière, gdzie zmarła. Wokół jej śmierci rosły coraz to nowe teorie spiskowe, zaś pod samym pałacem Buckingham gromadziły się coraz większe tłumy pogrążonych w żałobie Brytyjczyków.
Film Królowa koncentruje się na zderzeniu dwóch światopoglądów, inaczej podchodzących do zachowania wobec tej tragedii. Pierwszy, reprezentowany przez Królową Elżbietę II, obstaje za prywatnym pogrzebem, pozostawieniu tej kwestii rodzinie Diany i nieangażowaniu się rodziny królewskiej w żałobę po księżnej Walii. W opozycji znajduje się nowo wybrany premier – Tony Blair, który uważa iż Królowa, mając na uwadze opinię publiczną, powinna zaangażować się w całą sytuację mocniej.
Stephen Frears bardzo sprawnie pokazuje nam życie królewskiej rodziny. Robi to, mimo tragicznych wydarzeń rozgrywających się na ekranie, momentami z dużą dozą humoru i dystansu. Ukazuje nam zarówno ludzką twarz rodziny królewskiej i samej Elżbiety II, jak i stara się w pewien sposób usprawiedliwić jej niezbyt ciepłe uczucia do księżnej Diany. Nie ocenia, daje jednak do zrozumienia że wina takich, a nie innych stosunków między dwiema paniami mogła wynikać z winy ich obydwu. Genialnie także obrazuje nam siłę opinii publicznej, której nawet brytyjska królowa musi się poddać.
Mimo ciekawej fabuły film tak naprawdę jest głównie popisem jednej aktorki – Helen Mirren. Zagrała ona rolę swojego życia, idealnie wpasowując się w odgrywaną postać, a przy tym nie poszła w stronę wizualnego upodobnienia się w stu procentach do odwzorowywanej osoby. Mimo to, trudno odmówić jej autentyzmu. Oskar, jak dla mnie, jak najbardziej zasłużony.
Królowa to bardzo ciekawy film, w nieco innym świetle stawiający rodzinę królewską, będącą dla nas jak dotąd tworem niczym z innej bajki, ze świata arystokracji. Stephen Frears ukazuje nam ludzką twarz Elżbiety II i jej rodziny, prezentując przy tym nieco inne, nie osądzające jednak spojrzenie na sytuację w jakiej znaleźli się oni, gdy księżna Walii tragicznie zginęła. Film ten trzeba zobaczyć także dla Helen Mirren. Polecam.
Ocena: 4,5/6
Człowiek roku
Komik prezydentem Stanów Zjednoczonych? Osoba bawiąca na co dzień ludzi w telewizyjnym show, najpotężniejszym człowiekiem na świecie? Niewiarygodne, ale prawdziwe. Nie zamierzam tu jednak rozważać na temat obecnego prezydenta Wielkiego Brata zza oceanu. Nie ta tematyka. Pozwolę sobie za to ocenić najnowsze dzieło Barry’ego Levinsona – Człowieka roku.
Kiedy popularny komik telewizyjny – Tom Dobbs – ogłasza podczas swojego show, iż zamierza startować w wyborach prezydenckich, wywołuje niemałe zamieszanie. E-maile, których ilość idzie w miliony, z deklaracjami poparcia dla niezależnego kandydata, sprawiają, że gwiazda ekranu oficjalnie startuje w wyborach. Droga do celu nie jest łatwa, jednak Dobbs, kandydat tyleż zabawny, co oryginalny, wyróżniający się pozytywnie na tle bezbarwnych reprezentantów Demokratów i Republikanów, poczyna sobie w świecie polityki coraz śmielej. Kulminacja następuje podczas ostatniej debaty, kiedy to z poważnego, i bądźmy szczerzy, nudnego spotkania, robi całkiem niezły program rozrywkowy. Równolegle poznajemy losy informatyczki Eleanor Greek, która znajduje błąd w elektronicznym systemie głosowania, mogący znacznie wypaczyć wyniki wyborów. Łatwo przewidzieć co się dalej stanie. Fabuła nieco naciągana, ale co tam, nie takie rzeczy przychodziło nam oglądać.
Barry Levison nie potrafił chyba podczas kręcenia filmu zdecydować się na konkretny gatunek. Dlatego przyszło mi oglądać mieszankę komedii, dramatu i kryminału, która szczerze mówiąc nie do końca przypadła mi do gustu. Jeśli chodzi o wątek komediowy – jest świetnie. Dowcipy Toma Dobbsa potrafią wywołać wiele razy głośny śmiech. Również osoba Robina Williamsa, grającego główną rolę, działa na korzyść humorystycznych elementów. Z dramatem jest nienajgorzej. Szczególnie dobrze wypada Laura Linney, której postać stoi przed niełatwym wyborem, powiedzieć, czy nie powiedzieć prezydentowi-elektowi o błędzie w systemie głosowania. Trudność polega na tym, że całkiem go polubiła. Dobbs także nie jest w komfortowej sytuacji. Najgorzej wypada zdecydowanie wątek sensacyjny, moim zdaniem nieco na siłę i zupełnie niepotrzebnie wciśnięty w film. Wybija produkcję z rytmu, a co gorsza, nie zachwyca.
Siłą Człowieka roku są aktorzy. Robin Williams w komediach czuje się jak ryba w wodzie, tym razem nie jest inaczej. Laura Linney, momentami bliska szaleństwa, także staje na wysokości zadania. Jednak najjaśniej świecą drugoplanowe gwiazdy: Christopher Walken i Jeff Goldblum. Pierwszy wyśmienicie sprawdza się w roli menadżera i zarazem mentora znanego komika, drugi świetnie pokazuje się jako bezwzględny doradca w firmie, która wykonała system elektronicznego głosowania i dla której ujawnienie prawdy byłoby katastrofą.
Barry Levison nakręcił całkiem sprawny film, nie wykorzystał jednak całego potencjału tkwiącego w opowiedzianej przez siebie historii. W kilku momentach poniosła go także wyobraźnia (uzasadnienie złego działania systemu do losowania jest chyba najbardziej bezsensowną rzeczą, jaką można było wymyślić). Człowieka roku ponad średnią wyciągają jednak aktorzy i choćby dla ich kreacji warto udać się do kina.
Ocena: 4/6
300
Od momentu pojawienia się pierwszych zwiastunów wiedziałem, że muszę zobaczyć ten film. Genialny montaż, świetna muzyka, porażające efekty specjalne, także hektolitry krwi wylewane na ekran – tego się spodziewałem, na to miałem nadzieję… i to otrzymałem.
Produkcja Zacka Snydera, zrealizowana na podstawie komiksu Franka Millera, w dosyć luźny sposób opowiada o dobrze nam znanej z lekcji historii bitwie pod Termopilami, kiedy to o wiele mniej liczebni spartańscy żołnierze, pod wodzą Leonidasa, stawiali dzielnie czoła ogromnej armii perskiej kierowanej przez Kserksesa. Spartan było trzystu… Trzystu przeciwko milionowi…
W film wprowadza nas głos narratora, który niczym chór w starogreckim teatrze, rozpoczyna historię i komentuje wydarzenia dziejące się na ekranie. Poznajemy wielkiego wodza – Leonidasa, postać bardzo wyrazistą, odważną, świetnie zagraną przez Gerarda Butlera. Poznajemy jego towarzyszy – dzielnych mężów, wyszkolonych wojowników, gotowych oddać życie za swoich przyjaciół i za ojczyznę. W opozycji do nich stoją miliony bezimiennych żołnierzy armii perskiej i ich wódz uważający się za boga – Kserkses.
Przed udaniem się na seans warto uświadomić sobie jedną rzecz. 300 nie miało być filmem historycznym. Starożytne podania potraktowano dosyć luźno, koncentrując się na ukazaniu męstwa spartańskich żołnierzy. Zrobiono to nadzwyczaj spektakularnie. Montaż i zdjęcia dosłownie wgniatają w fotel. Ciężkie, rockowe rytmy, wymieszane z chórami, idealnie wpasowują się w wydarzenia ukazywane na ekranie. Genialne ukazanie scen batalistycznych i świetne efekty specjalne tylko potęgują niesamowity efekt. Twórcy wręcz chwalą się przed nami swoimi możliwościami tworzeni spektakularnych wizualnie widowisk. I trzeba im przyznać, że mają czym. Liczne spowolnienia akcji, skoncentrowane na ukazaniu najdrobniejszych detali robią wrażenie. Film jednak nie traci na dynamice, bowiem po chwili jesteśmy raczeni brutalną i niczym nieskrępowaną walką. Realizatorzy nie bawili się w półśrodki. Jest krew, są odcinane kończyny oraz tysiące trupów zalegających na polu bitwy. Nie chciałbym pisać banałów, ale tego naprawdę nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.
Jednak nie samymi walkami człowiek żyje. Pewną część filmu reżyser poświęcił na ukazanie zaplecza całej sytuacji w jakiej znalazł się Leonidas. W tej części zdecydowanie wyróżnia się żona Leonidasa – Królowa Gorgo grana przez Lenę Headey. Twarda, a zarazem kochająca, walcząca ze wszystkich sił o pomoc dla swojego męża. Dzielnie stawiająca czoła przekupstwu, zabobonom i ignorancji. Godna miana żony króla Sparty.
300 jest wielkim widowiskiem. Zrealizowanym konsekwentnie od początku do samego końca. Nastawionym na akcję i jej jak najlepsze ukazanie. Miłośnicy mocnego, brutalnego kina, wypełnionego emocjami i świetnie zrealizowanego, będą zachwyceni. Słowa krzyczane przez Leonidasa na długo pozostaną w naszej pamięci. Ten film to majstersztyk. Gorąco polecam.
Ocena: 6/6
Job, czyli ostatnia szara komórka
Konrad Niewolski w mojej świadomości widza istniał do tej pory głównie jako twórca ciężkiego kina, typu Symetria, czy Palimpsest. Job, czyli ostatnia szara komórka był pierwszą próbą reżysera na polu komedii. Już na samym początku filmu słyszymy głos anonimowego krytyka filmowego, który oglądanie tegoż dzieła stanowczo nam odradza. Taka już jednak ludzka natura, że nie pozwalamy sobie mówić, co mamy robić… i potem tego żałujemy.
Teoretycznie fabuła koncentruje się na losach trzech kolegów z osiedla: Pelego, Chemika i Adiego. Czemu ‘teoretycznie’? Tak naprawdę bowiem Konrad Niewolski zrezygnował z jakiegokolwiek scenariusza, prezentując nam zlepek krótkich scenek, mniej lub bardziej powiązanych ze sobą. O zgrozo, część z nich stanowią ekranizacje znanych wszystkim dobrze dowcipów, co raczej na korzyść filmu nie działa. Ogólnie jednak dowiadujemy się, że Adi ma bardzo wymagającą dziewczynę, która umawia go w końcu na rozmowę w firmie swojego ojca. Interview ma odbyć się po angielsku, a poziom znajomości tego języka u Adiego przypomina ‘dokonania’ na tym polu Sylwusia, syna Adasia Miauczyńskiego z Dnia świra. Zdeterminowany Adi postanawia jednak za wszelką cenę przygotować się do spotkania o pracę. O Pele i Chemiku dowiadujemy się niewiele. Pierwszy jest niezłym nerwusem, drugi ma spory problem z psem sąsiadów. Poznajemy także wiele postaci pobocznych, między innymi grupę księży przygotowujących się do Tour de Częstochowa.
Za słabością fabuły, a właściwie jej niespójnością, idzie fakt niemożności zbytniego pokazania się aktorów, rozwinięcia przez nich skrzydeł, wykazania się. Tomasz Borkowski, Andrzej Andrzejewski i Borys Szyc zdecydowanie nadają się na aktorów komediowych, potrzebują tylko reżysera, który mógłby zaoferować im ciekawy film. Konradowi Niewolskiemu zdecydowanie się to nie udało.
Job, czyli ostatnia szara komórka to raczej nie film, tylko półtoragodzinny zwiastun kabaretonu i to kabaretonu nie najwyższej jakości. Humor w przeważającej większości jest przeciętny. Owszem, są momenty zabawne, jednak jest ich zdecydowanie za mało, jak na 90-minutowy seans. Szkoda zwłaszcza aktorów, którzy z niezłym scenariuszem mogliby pokazać, na co ich stać. Nie spodziewałem się, że Job będzie filmem bardzo ambitnym, liczyłem raczej na maksymalnie lekką i przyjemną rozrywkę. Zawiodłem się niestety. Konradowi Niewolskiemu zdecydowanie lepiej wychodzą ostre, ciężkie filmy. Od komedii powinien trzymać się z daleka.
Ocena: 2/6
Piraci z Karaibów: Na krańcu świata – zwiastun
Ze zwiastunem trzeciej odsłony Piratów z Karaibów jest dosyć osobliwa sprawa. Data jego premiery była wyczekiwana niczym dzień debiutu w kinach całkiem niezłej produkcji. Miliony widzów, w tym niżej podpisany, była ciekawa pierwszych zdjęć z kolejnej części przygód Jacka Sparrowa, Willa Turnera, Elizabeth Swann i mnóstwa postaci pobocznych. W końcu nadszedł dzień premiery.
Zwiastun, który znajdziecie tutaj, na pewno nie ułatwia czekania na Piratów z Karaibów: Na krańcu świata. Zwiększa apetyt i sprawia, że chcielibyśmy zobaczyć film już teraz. Mimo, iż niewiele się z niego dowiemy na temat samej fabuły, możemy być pewni, że nie zabraknie najważniejszych, wręcz nieodłącznych składników serii: humoru Jacka Sparrowa, świetnych scen batalistycznych i efektów specjalnych oraz dramatów ludzkich. Liczę zwłaszcza na ciekawe ukazanie tych ostatnich, gdyż w moim odczuciu w Piratach z Karaibów: Skrzyni umarlaka to właśnie relacje międzyludzkie stanowiły o sile filmu. Mam nadzieję, że twórcy dalej będą kroczyć obraną przez siebie ścieżką. Po pierwszej, dosyć bajkowej (co nie jest oczywiście wadą) części, w drugiej oddali nam do dyspozycji pirackie kino z krwi i kości, wręcz ociekające emocjami. Jestem pełen wiary w Gore Verbinskiego i liczę na godne zamknięcie trylogii.
Przygotujmy się więc do abordażu. Ten nastąpi już 25 maja tego roku.
Arrrrrrr!
