Ruchome Obrazki

nieregularnik filmowy

007 Quantum of Solace

Poprzedni obraz z przygodami Jamesa Bonda zdecydowanie zerwał z dotychczasową formułą filmów o najsłynniejszym agencie brytyjskiej MI6. Znanego nam dobrze gentelmana, z nienaganną fryzura i idealnie wyprasowanym garniturem w każdej sytuacji, zastąpił męski, nie wspomagający się gadżetami, odnoszący prawdziwe obrażenia, ale nadal otaczający się pięknymi samochodami i równie pięknymi kobietami, zabijaka. W Quantum od Solace reżyser idzie jeszcze dalej, niestety pozbawiając film nieco fabuły, a koncentrując się na pościgach, mordobiciach i strzelaninach.

Walka z tajną, przestępczą organizacją tym razem miesza się z żądzą osobistej zemsty za śmierć Vesper. Na czele „złych” stoi Dominic Greene (w tej roli Mathieu Amalric znany szerszej widowni z filmu Motyl i skafander). Nie jest jednak to postać tak wyrazista, jak choćby Le Chiffre, mniej przekonująca i bardziej przypominająca biznesmena niż człowieka opętanego pragnieniem władzy. Fakt faktem, to cała organizacja przypomina sprawnie działającą korporację, która używając swoich wpływów politycznych dąży po trupach do celu.

Złych, wyrazistych postaci jest niestety ogólnie jak na lekarstwo. Co zatem z kobietami, jakże istotnymi w całej serii przygód 007? Olga Kurlyenko jako Camille oprócz tego, że ładnie wygląda nie daje widzowi nic, nie wzbudza zainteresowania, jest po prostu nijaka. Światełkiem w tunelu jest Gemma Arterton w roli ognistowłosej agentki Strawberry Fields, kobieca, pełna wdzięku, pociągająca i elokwentna, niestety nie jest dane nam, widzom, zbyt długo nacieszyć się jej widokiem.

Prawdziwe wrażenie robią wszelkie sekwencje pościgów i bijatyk. Rezygnacja z gadżetów, będących do niedawna domeną 007, zadziałała zdecydowanie na plus filmu. Oprócz mnóstwa akrobatycznych wyczynów walczących postaci, walki zyskały na autentyczności. Momentami można poczuć pot i krew. Najlepsze są jednak sceny pościgów. Rewelacyjnie zmontowane, pokazują nam ogrom wyobraźni twórców, którzy zdaje się za zadanie postawili sobie zniszczenie jak największej liczby jak najlepszych samochodów, demolując przy tym połowę okolicznych budynków. Pod tym względem film ogląda się z przyjemnością.

Po seansie zostaje jednak niedosyt. Rozumiem zmianę konwencji filmu o Bondzie, Casino Royale w tym przypadku miło mnie zaskoczyło, jednak wydaje mi się, że w Quantum of Solace reżyser poszedł za daleko i gdyby nie 007 mógłby to być każdy inny film akcji. Dobrze zrealizowany, ale nie prezentujący sobą niczego więcej. Zdaję sobie sprawę, że to druga część „trylogii zemsty”, a  drugie części mają to do siebie że są słabsze (choć nie jest to regułą) i na pewno pójdę na zamknięcie serii do kina, jednak muszę przyznać, że wyszedłem z kina nieco wstrząśnięty i nieco zmieszany, czując lekki niedosyt.

Ocena: 4/6

listopad 18, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy