Ruchome Obrazki

nieregularnik filmowy

Film o pszczołach

Pszczoły ogólnie nie powinny latać. Mają za duże ciało, za małe skrzydełka i wznoszenie się w powietrze, ba, manewrowanie w nim, w przypadku pszczół nie powinno mieć miejsca. Tak uważają naukowcy. Pszczoły natomiast nic sobie z tego nie robią i wesoło pobzykując zapylają kwiaty, zbierają nektar, produkują miód. Miód to wszystko co mają, powiem więcej, miód to one. Co jeśli okaże się, że ludzie, niecnie więżąc pszczoły i zmuszając je do pracy, a następnie otumaniając dymem, korzystają z ich dzieła? Stanie się rzecz oczywista: pszczoły wytoczą ludziom proces.

Tak, pokrótce. przedstawia się fabuła nowej animacji ze studia DreamWorks. Głównym bohaterem jest Barry B. Benson. Właśnie zakończył on trwające całe trzy dni studia i znalazł się w punkcie, kiedy musi wybrać sobie pracę i wykonywać ją… aż do śmierci. Nie do końca się to mu podoba, dlatego gdy nadarza się okazja wylatuje wraz z grupą zbieraczy poza ul, po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Tam ma bliskie spotkanie z piłką do tenisa i w sumie to zdarzenie rozpoczyna okres pełen przygód, miedzy innymi to o czym pisałem w pierwszym akapicie. Nie będę zdradzał Wam więcej szczegółów, dodam tylko, że nasz bohater zakocha się i to nie w przedstawicielce swojego gatunku.

Co najbardziej zwraca uwagę w filmie to fakt, iż świat pszczół został stworzony na wzór świata ludzkiego, oczywiście z humorem i polotem. Szkoda byłoby zepsuć Wam zabawę w odkrywanie tego typu „smaczków”, a jest ich wiele, jak na przykład dobrze nam znany komputerowy pasjans z kartami w kształcie plastrów miodu.

Duży plus należy się twórcom za wykonanie wizualne filmu. Pełen kolorów, świetnie animowany. Na szczęście nie starano się idealnie odwzorować rzeczywistości, przez co zachowano bajkowy charakter. Świetnie przemyślano także dialogi i żarty. Nie raz przyjdzie nam zanosić się śmiechem podczas seansu z powodu ciętych ripost Barry’ego.

Film o pszczołach to jedna z lepszych produkcji animowanych ostatnich czasów. Ciekawy scenariusz, mnóstwo gagów, genialne przedstawienie pszczelego świata, bardzo dobre wykonanie, to wszystko składa się na film naprawdę warty obejrzenia. Polecam.

Ocena: 5/6

styczeń 30, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni to moim skromnym zdaniem największy przegrany oskarowych nominacji. Szczerze mówiąc nigdy bym nie przypuszczał że genialny obraz Cristiana Mungiu zostanie wyprzedzony przez chociażby zwyczajnie średni Katyń Andrzeja Wajdy. Niezbadane i niezrozumiałe czasami są wyroki Akademii Filmowej, proponuję nie zważać na nie i film, o którym traktuje ta recenzja, koniecznie obejrzeć.

Rzecz dzieje się w Rumunii u schyłku komunizmu. Jedna ze studentek postanawia poddać się zabiegowi nielegalnej aborcji, a jej przyjaciółka zamierza jej w tym pomóc. Film koncentruje się na dwóch zgoła różnych dramatach ludzkich. Pierwszy dotyczy jednostki, czyli nieszczęsnej dziewczyny, która „zaliczyła wpadkę” i chce się ciąży pozbyć, ale także jej koleżanki, która z czystej lojalności wplątuje się w tragiczną sytuację. Z drugiej strony widzimy uciśniony naród, czekający na zmiany, zmęczony, przestraszony, nie mający wielkich nadziei na normalną przyszłość. Widzimy go jednak w tle, ledwie majaczący nam za dramatem głównych bohaterek, a jednak zauważalny.

Mungiu koncentruje się jednak na ludziach, ukazując nam ich w całości, kompletnie, bez wybielania, bez tłumaczenia. Nie rozwodzi się nad samą decyzją o usunięciu ciąży, pokazuje jej konsekwencje lecz bez zbędnego moralizatorstwa. Robi to wszystko raz ze sporą dosłownością, innym razem nabierając do bohaterów dystansu, co buduję wręcz niesamowitą atmosferę. Ukazuje nam człowieka. Nie dobrego, nie złego, po prostu człowieka, który podejmuje decyzje i jest zmuszony przyjąć ich konsekwencje. Nawet temat, jakże kontrowersyjny, schodzi na bok. Widz zostaje wciągnięty w opowiadaną historię i przeżywa ją wspólnie z dwiema dziewczynami.

Warto zaznaczyć, że 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni nie jest filmem lekkim. Wychodzimy z seansu przytłumieni, zamyśleni i ten stan przez jakiś czas się utrzymuje. Nie należy się jednak zrażać. Jest to jedna z tych produkcji którą trzeba zobaczyć, która porusza, lecz nie robi tego na siłę. Złota Palma w Cannes nie może być przypadkiem, liczne nagrody na innych festiwalach też nie. Warto iść do kina choćby po to, by przekonać się, że o Oskary wcale nie muszą walczyć najlepsze filmy.

Ocena: 6/6

styczeń 29, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy

Metoda

Rozmowy kwalifikacyjne są dla wielu z nas sprawą dosyć stresującą. Często, w wyniku zdenerwowania pytaniami osoby sprawdzającej naszą ewentualną przydatność dla firmy do której aplikujemy, nerwy zżerają nas całkowicie, uniemożliwiając jakiekolwiek pozytywne zaprezentowanie się. Niestety, żyjemy w takich czasach, że odporność na stres jest cechą niezbędną niemal na każdym stanowisku, w każdej pracy. Prawdziwemu testowi swojej psychicznej odporności, ale także tego na ile nas stać, byle tylko dostać wymarzoną pracę, zostali poddani bohaterowie hiszpańskiego filmu Metoda.

Akcja produkcji, opartej na sztuce Jordiego Galcerana Ferrera, koncentruje się na losach siódemki ludzi, biznesmenów, menadżerów, prawników, którzy aplikują na jedno, zapewne atrakcyjne, stanowisko w dużej korporacji. Zostają zamknięci w jednym pokoju, a kolejne zadania stojące przed nimi, mające na celu wyłonić z tej siódemki jedną jedyną osobę, pojawiają się na monitorach. Zgaśnięcie monitora oznacza wypadnięcie z gry i tym samym niepowodzenie w procesie rekrutacyjnym. Tymczasem za oknem trwa strajk antyglobalistów przeciwko działaniom Banku Światowego.

Film Marcelo Pineyro ukazuje nam do jakich czynów, do jakich nieczystych zagrań, do jakich wręcz podłości skłonni są ludzie aby otrzymać wymarzoną pracę. Determinacja w eliminowaniu przeciwników, przy sporym udziale firmy, która prowadzi całą rozgrywkę, zaskakuje. Dla zagęszczenia atmosfery, pierwszą informacją, jaką otrzymują kandydaci, jest to że wśród nich znajduje się „pluskwa” – pracownik działu HR firmy. Rozpoczynają się wzajemne podchody, podejrzenia. Jakby tego było mało, okazuje się, że dwójka bohaterów ma wspólną przeszłość – łączył ich prawdopodobnie kilka lat temu romans.

Hiszpański reżyser bardzo sprawnie stopniuje napięcie, ale także humor, jak i dramaturgię. Mimo że akcja całego filmu rozgrywa się zaledwie kilku pomieszczeniach, momentami czujemy się jak na seansie porządnego thrillera. Największą zaletą Metody jest jednak przewrotność. Otóż tak naprawdę nie wiadomo, czy Ci, którzy pozostają w grze na pewno są zwycięzcami. Owszem, ich szanse na zatrudnienie teoretycznie wzrastają, jednak czy zapłacona za to cena nie jest zbyt wielka? Czy aby odnieść sukces należy się wyrzec wszelkich ideałów, uczuć i dać się ponieść ogólnemu pędowi? I w końcu czy takie zachowania są tym, czego firma od nas oczekuje? Reżyser, na szczęście nie sili się na łatwe odpowiedzi. Pozostawia kolejne osoby do naszej, widzów, oceny, nie definiując ich jednoznacznie. Nie ma czerni i bieli, są różne odcienie szarości.

Metoda wbrew pozorom nie jest filmem krytykującym wielkie korporacje, nie wciska nam „prawd” o wyzysku, haseł przyrównujących pracownika do nic nie znaczącego trybiku w maszynie. Jest to przede wszystkim smutna opowieść o nas samych. Polecam.

Ocena: 5/6

styczeń 27, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy