Ruchome Obrazki

nieregularnik filmowy

Sposób na rekina

W ostatnich latach filmy animowane na stałe wpisały się do repertuaru wytwórni. Producenci praktycznie non stop serwują nam filmy wykorzystujące dobrodziejstwa grafiki komputerowej. Część z nich przeznaczona jest dla dzieci w każdym wieku (czytaj: także dla dorosłych), część skierowana jest głównie do najmłodszych widzów. Jak się okazuje oba typy nie są łatwe do nakręcenia. W pierwszym przypadku ciężko jest znaleźć złoty środek i wyważyć fragmenty dla dzieci i dla dorosłych, aby jedni i drudzy bawili się dobrze podczas seansu. W drugim twórców czeka jeszcze trudniejsze zadanie: dzieci są bardzo wymagającymi widzami i byle czym ich nie zadowolą. Przykładem niezbyt dobrego sprecyzowania docelowej widowni i wyjścia z założenia, że produkcja animowana i tak się spodoba jest Sposób na rekina.

Animacji o rybach było już trochę, wystarczy wspomnieć choćby Gdzie jest Nemo? i Rybki z ferajny. Sposób na rekina opowiada nam o Pysiu – samotnej rybce, która straciła rodziców i zgodnie z obietnicą daną matce wyrusza do rafy, do swojej ciotki Perły. Na miejscu poznaje śliczną (a przy tym bardzo różową) Kornelię. Oczywiście zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Równie jasny jest fakt, że nie od razu przyjdzie im być razem. Na drodze małego Pysia staje Ćwiek – rekin wzbudzający postrach na rafie.

Fabuła niezbyt oryginalna, co akurat w tego typu produkcjach nie zawsze jest wadą nie do wybaczenia. Wystarczy tylko sprawnie poprowadzić akcję, dodać trochę śmiesznych scen, a całość świetnie wykonać i powinno być dobrze. W przypadku Sposobu na rekina niestety nie jest. Po pierwsze pod względem wizualnym film nie zachwyca. Daleko mu do poziomu Shreka, Epoki lodowcowej, czy choćby Sezonu na misia, gdzie animacja postaci i scenografia były po prostu rewelacyjne. Tu są średnie. Również akcja nie porywa, brak jej dynamiki, wszystko rozgrywa się w sposób całkowicie przewidywalny dla widza. Fabuła jest po prostu nudna. Także postaciom brak wyrazistości. Jedynie rekin Ćwiek, genialnie zdubbingowany przez Przemysława Sadowskiego, jako wodna odmiana „dresiarza” sprawdza się znakomicie. „Ziomalska” maniera w mówieniu tylko dodaje mu uroku.

Wykorzystywanie koniunktury na produkcje animowane przez producentów nie zawsze się udaje. Mimo ogromnej popularności tego typu filmów, nie jest łatwo zaciekawić widza. Poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko i nielicznym udaje się jej nie strącić. Bohaterowie Sposobu na rekina do tego grona nie należą. Jak to stwierdziła moja ładniejsza połowa podczas seansu: „Ale emocje… jak na rybach”. Trudno się z nią niestety nie zgodzić.

Ocena: 2,5/6

marzec 31, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy

Królowa

31 sierpnia 1997 roku w Paryżu dochodzi do tragicznego wypadku. Rozpędzony Mercedes uderza w słup w tunelu. Jechała nim Diana Spencer, księżna Walii, w towarzystwie swojego przyjaciela Dodiego Al-Fayeda. Z ciężkimi obrażeniami została przewieziona do szpitala Pitié-Salpêtrière, gdzie zmarła. Wokół jej śmierci rosły coraz to nowe teorie spiskowe, zaś pod samym pałacem Buckingham gromadziły się coraz większe tłumy pogrążonych w żałobie Brytyjczyków.

Film Królowa koncentruje się na zderzeniu dwóch światopoglądów, inaczej podchodzących do zachowania wobec tej tragedii. Pierwszy, reprezentowany przez Królową Elżbietę II, obstaje za prywatnym pogrzebem, pozostawieniu tej kwestii rodzinie Diany i nieangażowaniu się rodziny królewskiej w żałobę po księżnej Walii. W opozycji znajduje się nowo wybrany premier – Tony Blair, który uważa iż Królowa, mając na uwadze opinię publiczną, powinna zaangażować się w całą sytuację mocniej.

Stephen Frears bardzo sprawnie pokazuje nam życie królewskiej rodziny. Robi to, mimo tragicznych wydarzeń rozgrywających się na ekranie, momentami z dużą dozą humoru i dystansu. Ukazuje nam zarówno ludzką twarz rodziny królewskiej i samej Elżbiety II, jak i stara się w pewien sposób usprawiedliwić jej niezbyt ciepłe uczucia do księżnej Diany. Nie ocenia, daje jednak do zrozumienia że wina takich, a nie innych stosunków między dwiema paniami mogła wynikać z winy ich obydwu. Genialnie także obrazuje nam siłę opinii publicznej, której nawet brytyjska królowa musi się poddać.

Mimo ciekawej fabuły film tak naprawdę jest głównie popisem jednej aktorki – Helen Mirren. Zagrała ona rolę swojego życia, idealnie wpasowując się w odgrywaną postać, a przy tym nie poszła w stronę wizualnego upodobnienia się w stu procentach do odwzorowywanej osoby. Mimo to, trudno odmówić jej autentyzmu. Oskar, jak dla mnie, jak najbardziej zasłużony.

Królowa to bardzo ciekawy film, w nieco innym świetle stawiający rodzinę królewską, będącą dla nas jak dotąd tworem niczym z innej bajki, ze świata arystokracji. Stephen Frears ukazuje nam ludzką twarz Elżbiety II i jej rodziny, prezentując przy tym nieco inne, nie osądzające jednak spojrzenie na sytuację w jakiej znaleźli się oni, gdy księżna Walii tragicznie zginęła. Film ten trzeba zobaczyć także dla Helen Mirren. Polecam.

Ocena: 4,5/6

marzec 28, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy

Człowiek roku

Komik prezydentem Stanów Zjednoczonych? Osoba bawiąca na co dzień ludzi w telewizyjnym show, najpotężniejszym człowiekiem na świecie? Niewiarygodne, ale prawdziwe. Nie zamierzam tu jednak rozważać na temat obecnego prezydenta Wielkiego Brata zza oceanu. Nie ta tematyka. Pozwolę sobie za to ocenić najnowsze dzieło Barry’ego Levinsona – Człowieka roku.

Kiedy popularny komik telewizyjny – Tom Dobbs – ogłasza podczas swojego show, iż zamierza startować w wyborach prezydenckich, wywołuje niemałe zamieszanie. E-maile, których ilość idzie w miliony, z deklaracjami poparcia dla niezależnego kandydata, sprawiają, że gwiazda ekranu oficjalnie startuje w wyborach. Droga do celu nie jest łatwa, jednak Dobbs, kandydat tyleż zabawny, co oryginalny, wyróżniający się pozytywnie na tle bezbarwnych reprezentantów Demokratów i Republikanów, poczyna sobie w świecie polityki coraz śmielej. Kulminacja następuje podczas ostatniej debaty, kiedy to z poważnego, i bądźmy szczerzy, nudnego spotkania, robi całkiem niezły program rozrywkowy. Równolegle poznajemy losy informatyczki Eleanor Greek, która znajduje błąd w elektronicznym systemie głosowania, mogący znacznie wypaczyć wyniki wyborów. Łatwo przewidzieć co się dalej stanie. Fabuła nieco naciągana, ale co tam, nie takie rzeczy przychodziło nam oglądać.

Barry Levison nie potrafił chyba podczas kręcenia filmu zdecydować się na konkretny gatunek. Dlatego przyszło mi oglądać mieszankę komedii, dramatu i kryminału, która szczerze mówiąc nie do końca przypadła mi do gustu. Jeśli chodzi o wątek komediowy – jest świetnie. Dowcipy Toma Dobbsa potrafią wywołać wiele razy głośny śmiech. Również osoba Robina Williamsa, grającego główną rolę, działa na korzyść humorystycznych elementów. Z dramatem jest nienajgorzej. Szczególnie dobrze wypada Laura Linney, której postać stoi przed niełatwym wyborem, powiedzieć, czy nie powiedzieć prezydentowi-elektowi o błędzie w systemie głosowania. Trudność polega na tym, że całkiem go polubiła. Dobbs także nie jest w komfortowej sytuacji. Najgorzej wypada zdecydowanie wątek sensacyjny, moim zdaniem nieco na siłę i zupełnie niepotrzebnie wciśnięty w film. Wybija produkcję z rytmu, a co gorsza, nie zachwyca.

Siłą Człowieka roku są aktorzy. Robin Williams w komediach czuje się jak ryba w wodzie, tym razem nie jest inaczej. Laura Linney, momentami bliska szaleństwa, także staje na wysokości zadania. Jednak najjaśniej świecą drugoplanowe gwiazdy: Christopher Walken i Jeff Goldblum. Pierwszy wyśmienicie sprawdza się w roli menadżera i zarazem mentora znanego komika, drugi świetnie pokazuje się jako bezwzględny doradca w firmie, która wykonała system elektronicznego głosowania i dla której ujawnienie prawdy byłoby katastrofą.

Barry Levison nakręcił całkiem sprawny film, nie wykorzystał jednak całego potencjału tkwiącego w opowiedzianej przez siebie historii. W kilku momentach poniosła go także wyobraźnia (uzasadnienie złego działania systemu do losowania jest chyba najbardziej bezsensowną rzeczą, jaką można było wymyślić). Człowieka roku ponad średnią wyciągają jednak aktorzy i choćby dla ich kreacji warto udać się do kina.

Ocena: 4/6

marzec 24, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | 1 komentarz

300

Od momentu pojawienia się pierwszych zwiastunów wiedziałem, że muszę zobaczyć ten film. Genialny montaż, świetna muzyka, porażające efekty specjalne, także hektolitry krwi wylewane na ekran – tego się spodziewałem, na to miałem nadzieję… i to otrzymałem.

Produkcja Zacka Snydera, zrealizowana na podstawie komiksu Franka Millera, w dosyć luźny sposób opowiada o dobrze nam znanej z lekcji historii bitwie pod Termopilami, kiedy to o wiele mniej liczebni spartańscy żołnierze, pod wodzą Leonidasa, stawiali dzielnie czoła ogromnej armii perskiej kierowanej przez Kserksesa. Spartan było trzystu… Trzystu przeciwko milionowi…

W film wprowadza nas głos narratora, który niczym chór w starogreckim teatrze, rozpoczyna historię i komentuje wydarzenia dziejące się na ekranie. Poznajemy wielkiego wodza – Leonidasa, postać bardzo wyrazistą, odważną, świetnie zagraną przez Gerarda Butlera. Poznajemy jego towarzyszy – dzielnych mężów, wyszkolonych wojowników, gotowych oddać życie za swoich przyjaciół i za ojczyznę. W opozycji do nich stoją miliony bezimiennych żołnierzy armii perskiej i ich wódz uważający się za boga – Kserkses.

Przed udaniem się na seans warto uświadomić sobie jedną rzecz. 300 nie miało być filmem historycznym. Starożytne podania potraktowano dosyć luźno, koncentrując się na ukazaniu męstwa spartańskich żołnierzy. Zrobiono to nadzwyczaj spektakularnie. Montaż i zdjęcia dosłownie wgniatają w fotel. Ciężkie, rockowe rytmy, wymieszane z chórami, idealnie wpasowują się w wydarzenia ukazywane na ekranie. Genialne ukazanie scen batalistycznych i świetne efekty specjalne tylko potęgują niesamowity efekt. Twórcy wręcz chwalą się przed nami swoimi możliwościami tworzeni spektakularnych wizualnie widowisk. I trzeba im przyznać, że mają czym. Liczne spowolnienia akcji, skoncentrowane na ukazaniu najdrobniejszych detali robią wrażenie. Film jednak nie traci na dynamice, bowiem po chwili jesteśmy raczeni brutalną i niczym nieskrępowaną walką. Realizatorzy nie bawili się w półśrodki. Jest krew, są odcinane kończyny oraz tysiące trupów zalegających na polu bitwy. Nie chciałbym pisać banałów, ale tego naprawdę nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.

Jednak nie samymi walkami człowiek żyje. Pewną część filmu reżyser poświęcił na ukazanie zaplecza całej sytuacji w jakiej znalazł się Leonidas. W tej części zdecydowanie wyróżnia się żona Leonidasa – Królowa Gorgo grana przez Lenę Headey. Twarda, a zarazem kochająca, walcząca ze wszystkich sił o pomoc dla swojego męża. Dzielnie stawiająca czoła przekupstwu, zabobonom i ignorancji. Godna miana żony króla Sparty.

300 jest wielkim widowiskiem. Zrealizowanym konsekwentnie od początku do samego końca. Nastawionym na akcję i jej jak najlepsze ukazanie. Miłośnicy mocnego, brutalnego kina, wypełnionego emocjami i świetnie zrealizowanego, będą zachwyceni. Słowa krzyczane przez Leonidasa na długo pozostaną w naszej pamięci. Ten film to majstersztyk. Gorąco polecam.

Ocena: 6/6

marzec 22, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy

Job, czyli ostatnia szara komórka

Konrad Niewolski w mojej świadomości widza istniał do tej pory głównie jako twórca ciężkiego kina, typu Symetria, czy Palimpsest. Job, czyli ostatnia szara komórka był pierwszą próbą reżysera na polu komedii. Już na samym początku filmu słyszymy głos anonimowego krytyka filmowego, który oglądanie tegoż dzieła stanowczo nam odradza. Taka już jednak ludzka natura, że nie pozwalamy sobie mówić, co mamy robić… i potem tego żałujemy.

Teoretycznie fabuła koncentruje się na losach trzech kolegów z osiedla: Pelego, Chemika i Adiego. Czemu ‘teoretycznie’? Tak naprawdę bowiem Konrad Niewolski zrezygnował z jakiegokolwiek scenariusza, prezentując nam zlepek krótkich scenek, mniej lub bardziej powiązanych ze sobą. O zgrozo, część z nich stanowią ekranizacje znanych wszystkim dobrze dowcipów, co raczej na korzyść filmu nie działa. Ogólnie jednak dowiadujemy się, że Adi ma bardzo wymagającą dziewczynę, która umawia go w końcu na rozmowę w firmie swojego ojca. Interview ma odbyć się po angielsku, a poziom znajomości tego języka u Adiego przypomina ‘dokonania’ na tym polu Sylwusia, syna Adasia Miauczyńskiego z Dnia świra. Zdeterminowany Adi postanawia jednak za wszelką cenę przygotować się do spotkania o pracę. O Pele i Chemiku dowiadujemy się niewiele. Pierwszy jest niezłym nerwusem, drugi ma spory problem z psem sąsiadów. Poznajemy także wiele postaci pobocznych, między innymi grupę księży przygotowujących się do Tour de Częstochowa.

Za słabością fabuły, a właściwie jej niespójnością, idzie fakt niemożności zbytniego pokazania się aktorów, rozwinięcia przez nich skrzydeł, wykazania się. Tomasz Borkowski, Andrzej Andrzejewski i Borys Szyc zdecydowanie nadają się na aktorów komediowych, potrzebują tylko reżysera, który mógłby zaoferować im ciekawy film. Konradowi Niewolskiemu zdecydowanie się to nie udało.

Job, czyli ostatnia szara komórka to raczej nie film, tylko półtoragodzinny zwiastun kabaretonu i to kabaretonu nie najwyższej jakości. Humor w przeważającej większości jest przeciętny. Owszem, są momenty zabawne, jednak jest ich zdecydowanie za mało, jak na 90-minutowy seans. Szkoda zwłaszcza aktorów, którzy z niezłym scenariuszem mogliby pokazać, na co ich stać. Nie spodziewałem się, że Job będzie filmem bardzo ambitnym, liczyłem raczej na maksymalnie lekką i przyjemną rozrywkę. Zawiodłem się niestety. Konradowi Niewolskiemu zdecydowanie lepiej wychodzą ostre, ciężkie filmy. Od komedii powinien trzymać się z daleka.

Ocena: 2/6

marzec 20, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | 3 komentarzy

Piraci z Karaibów: Na krańcu świata – zwiastun

Ze zwiastunem trzeciej odsłony Piratów z Karaibów jest dosyć osobliwa sprawa. Data jego premiery była wyczekiwana niczym dzień debiutu w kinach całkiem niezłej produkcji. Miliony widzów, w tym niżej podpisany, była ciekawa pierwszych zdjęć z kolejnej części przygód Jacka Sparrowa, Willa Turnera, Elizabeth Swann i mnóstwa postaci pobocznych. W końcu nadszedł dzień premiery.

Zwiastun, który znajdziecie tutaj, na pewno nie ułatwia czekania na Piratów z Karaibów: Na krańcu świata. Zwiększa apetyt i sprawia, że chcielibyśmy zobaczyć film już teraz. Mimo, iż niewiele się z niego dowiemy na temat samej fabuły, możemy być pewni, że nie zabraknie najważniejszych, wręcz nieodłącznych składników serii: humoru Jacka Sparrowa, świetnych scen batalistycznych i efektów specjalnych oraz dramatów ludzkich. Liczę zwłaszcza na ciekawe ukazanie tych ostatnich, gdyż w moim odczuciu w Piratach z Karaibów: Skrzyni umarlaka to właśnie relacje międzyludzkie stanowiły o sile filmu. Mam nadzieję, że twórcy dalej będą kroczyć obraną przez siebie ścieżką. Po pierwszej, dosyć bajkowej (co nie jest oczywiście wadą) części, w drugiej oddali nam do dyspozycji pirackie kino z krwi i kości, wręcz ociekające emocjami. Jestem pełen wiary w Gore Verbinskiego i liczę na godne zamknięcie trylogii.

Przygotujmy się więc do abordażu. Ten nastąpi już 25 maja tego roku.

Arrrrrrr!

marzec 20, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Inne | | 1 komentarz

Sezon na misia

Jeżeli chodzi o filmy animowane skierowane dla dzieci od lat siedmiu do stu siedmiu, tak naprawdę na rynku liczą się dwie wytwórnie: Pixar i DreamWorks. To one wyznaczają kierunek rozwoju tej gałęzi kina, to one zaskakują nas co raz to nowymi pomysłami, ciekawymi scenariuszami, genialną animacją i zabawnymi dialogami. To one stworzyły takie produkcje jak Toy Story, Gdzie jest Nemo?, Iniemamocni, Auta (Pixar), czy też Shrek, Epoka lodowcowa i Madagaskar (DreamWorks). Czasami, owszem, pojawiają się filmy wyprodukowane przez inne wytwórnie, jednak rzadko dorównują wyżej wymienionym pod względem pomysłu, wykonania i fabuły. Wysoko postawioną przez Pixar i DreamWorks poprzeczkę postanowiło przeskoczyć studio Sony Pictures z filmem Sezon na misia.

Niedźwiedź grizzly Boguś wiedzie spokojne życie w garażu pewnej strażniczki leśnej. Występuje w małym przedstawieniu dla dzieci, a w zamian ma miękkie łóżko, osiem posiłków dziennie i telewizor. Sielanka – rzekłoby niejedno zwierzę żyjące w lesie, zwłaszcza podczas sezonu łowieckiego. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się musi skończyć. Tak też kończy się życie Bogusia wśród ludzi, kiedy poznaje fajtłapowatego jelonka Elliota. Pod wpływem nowego kumpla Boguś dewastuje, będąc pod wpływem cukru (!), sklep spożywczy, a następnie wzbudza panikę podczas swojego codziennego przedstawienia. Chcąc nie chcąc, strażniczka leśna Beth jest zmuszona przetransportować go do lasu. Tam, gdzie jego miejsce.

Na wstępie należy zaznaczyć, że Sezon na misia to nie ta sama kategoria, co Shrek, czy Iniemamocni. Owszem, wizualnie film prezentuje się wyśmienicie. Animacja jest dopracowana pod każdym względem i w niczym nie ustępuje tej z innych, bardziej znanych produkcji. Pod względem fabularnym Sezon na misia jest jednak oklepany do bólu. Brak w nim zaskakujących zwrotów akcji, brak w nim ciekawych dialogów, choć rodzimi tłumacze kilka razy pozwalają pożartować sobie na przykład z polityków. Ciężko jednak traktować to co napisałem powyżej jako wadę, bowiem oczywiste jest, że film został skierowany do dzieci i tylko do nich. Zdawałoby się to logiczne, że targetem produkcji animowanej są maluchy, jednak rozpieszczany przez geniuszy z Pixara i Dreamworks, odczuwałem podczas seansu pewien niedosyt, brakowało mi elementów bawiących dojrzalszego widza.

Nie mogę jednak powiedzieć, że Sezon na misia jest filmem słabym. Patrząc na reakcje mojego 9-letniego brata musze przyznać twórcom z Sony Pictures, że wykonali kawał dobrej roboty – dla dzieci film ten nadaje się znakomicie. Dla dorosłych nieco mniej, jednak nie bądźmy samolubni – w zalewie filmów animowanych dla wszystkich, jeden skierowany głównie do młodego widza nie zaszkodzi. Zwłaszcza tak dobrze wykonany.

Ocena: 4,5/6

marzec 19, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy

Cesarzowa

Filmy pokroju Hero, Domu latających sztyletów, czy Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka nie każdemu przypadają do gustu. W naszym pięknym, nadwiślańskim kraju jest jednak coraz więcej miłośników azjatyckiego kina, w tym niżej podpisany. Dopracowane wizualne, realizowane z rozmachem, z pełnymi akrobacji scenami walki, fabularnie obracające się wokół miłości, zdrady i honoru, jednocześnie ukazujące te uczucia w sposób bardzo surowy – to podstawowe cechy tego typu filmów. Cesarzowa (a faktycznie Klątwa Złotego Kwiatu, nie wiem jaki „geniusz” wymyślił tytuł pod jakim obraz Zhanga Yimou trafił do naszych kin) jest kolejną pozycją przybliżającą dalekowschodnią kinematografię rodzimemu widzowi.

Akcja tej ekranizacji dramatu Cao Yu z 1934 roku rozgrywa się za czasów późnej dynastii Tang. Na dworze cesarza Pinga, który do władzy doszedł przez liczne intrygi, nie panuje radość. Cesarzowa zdradza go z pasierbem, który z kolei kocha piękną służebnicę. Cesarz, świadomy kłamstwa żony, systematycznie doprowadza ją do szaleństwa przy pomocy nadwornego medyka. Historia, opierająca się na podstawowych wartościach: honorze, zdradzie, miłości i nienawiści, jest jednak tylko tłem dla ukazania realizacyjnego przepychu, dopracowanej do perfekcji gry barw i świateł.

Fakt faktem, wizualnie Cesarzowa przedstawia się rewelacyjne. Świetna praca kamery omiatającej to pięknie urządzone sale pałacu, to znów pole bitwy, pozwala docenić ogrom starań jaki włożyli w film twórcy, aby wywrzeć na widzach odpowiedni efekt. Żywe, jasne kolory ze znaczną przewagą żółci wraz z niesamowitą grą świateł tworzonych przez chińskie malowane szkło, zachwycają. Również barwne, wykonane z wielką skrupulatnością i dokładnością kostiumy cieszą oczy. Walki, przedstawione jak zawsze bardziej jako akrobatyczne wyczyny niż realne starcia, prezentują typowy dla produkcji Zhanga Yimou, wysoki poziom.

Chińskie kino walki nie pozwala aktorom na zbytnie rozwinięcie się, ukazanie całego swojego kunsztu, a tym samym zbyt wiele od nich nie wymaga. Należy jednak docenić świetne wpasowanie się w konwencję zarówno Yun-Fat Chowa, którego wcześniej mogliśmy podziwiać w Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku, a niebawem zobaczymy w trzeciej części Piratów z Karaibów oraz Li Gong oglądanej niedawno w Miami Vice i opowieści o dzieciństwie Hannibala.

Szkoda jednak, że Cesarzowa oferuje nam głównie wrażenia wizualne, brakuje złotego środka pomiędzy ukazywaniem kunsztu realizatorskiego twórćów, a opowiadaniem ciekawej historii. Aktorzy pozostają w tle przepięknych dekoracji i strojów, nie potrafią nadać filmowi duszy, przez co czujemy się momentami jak na wycieczce w muzeum. Zhang Yimou nadal nie potrafi nakręcić filmu na miarę swojego największego sukcesu – Hero. Tym razem zaserwował nam produkcję genialnie wykonaną, jednak zabrakło w niej trochę uczuć. Można dojść od wniosku, że rzeczywiście na reżyserze ciąży jakaś klątwa, niekoniecznie Złotego Kwiatu.

Ocena: 3,5/6

marzec 17, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | 2 komentarzy

Hannibal. Po drugiej stronie maski

Hannibal Lecter od lat jest osobą wręcz kultową dla miłośników filmów i książek. Postać stworzona przez Thomasa Harrisa, wybitny znawca medycyny i sztuki, a przy tym bezwzględny, psychopatyczny morderca i kanibal, zadebiutowała na dużym ekranie w 1991 roku, kiedy to do kin trafił świetny film Jonathana Demme – Milczenie owiec. Hannibal. Po drugiej stronie maski koncentruje się na młodości Lectera i jego drodze do stania się potworem.

Akcja filmu rozpoczyna się w 1944 roku na Litwie. Trwa woja. Młody Hannibal mieszka wraz z rodzicami w zamku. Obecność wojsk w okolicy zmusza ich do przeniesienia się na jakiś czas do chaty w lesie. Tam po pewnym czasie dochodzi do tragedii… Akcja przenosi się następnie o osiem lat do przodu. Hannibal znajduje się w sierocińcu urządzonym w zamku dawniej należącym do jego rodziny. Ucieka stamtąd po starciu z jednym z opiekunów. Trafia do domu pięknej Lady Murasaki, a następnie rozpoczyna studia medyczne. Cały czas jednak prześladują go wizje z przeszłości i poczucie że ktoś musi odpowiedzieć za krzywdy wyrządzone jego rodzinie.

Z kolejnymi obrazami opowiadającymi o losach okrutnego mordercy jest jeden kłopot: żaden z nich nie dorównuje pierwszemu, czyli Milczeniu Owiec z Jodie Foster i Anthonym Hopkinsem w rolach głównych. Hannibal. Po drugiej stronie maski także tej produkcji nie doścignął, aczkolwiek nie jest filmem złym. Reżyser sprawnie prowadzi akcję, ukazując nam kolejne etapy zemsty młodego Hannibal Lectera oraz początki jego kanibalizmu. Obserwujemy jak z pasją studiuje anatomię, poznając tajniki ludzkiego ciała. Zszokowani oglądamy tortury jakie przygotował dla swoich ofiar. Niby wszystko w porządku, niby tego oczekiwaliśmy, a jednak czegoś brakuje.

Brakuje przede wszystkim napięcia. Występuje ono jedynie czasami. Poczucie grozy, niepewności nie towarzyszy nam przez cały film. Z aktorami też nie jest najlepiej. Gaspard Ulliel stara się dorównać kreacji Anthony’ego Hopkinsa. Niestety stara się za bardzo, przez co przesadza i nie przekonuje nas w roli psychopaty, a zarazem przyszłego znawcy sztuki i medycyny. Brakuje mu charyzmy odtwórcy Hannibala w Milczeniu owiec. Li Gong, którą mam nadzieję zobaczyć w ten weekend w Cesarzowej, zjawiskowo piękna, stanowi tylko ładne tło dla głównego bohatera. Potencjału tkwiącego w jej postaci nie wykorzystano prawie w ogóle.

Na kolejnych obrazach opowiadających o losach Hannibala Lectera ciąży klątwa pierwszej części. Widzowie cały czas mają w pamięci genialne Milczenie owiec i za każdym razem wychodzą z pokazów kolejnych filmów zawiedzeni, co najmniej odczuwają pewien niedosyt. Poprzeczka okazała się być ustawiona zbyt wysoko także dla kolejnej opowieści – Hannibal. Po drugiej stronie maski. Film sam w sobie nie jest zły, brakuje mu jednak tego magnesu, tej nutki niepewności i strachu. Tego, co z Milczenia owiec zrobiło film kultowy.

Ocena: 3,5/6

marzec 16, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | 3 komentarzy

Renaissance

Paryż. Rok 2054. Niepokorny oficer policji – Karas – otrzymuje zadanie odnalezienia Ilony Tasuiev – młodej pani naukowiec, pracującej dla potężnej korporacji Avalon. W miarę jak śledztwo postępuje, odkrywa on, że nie jest jedyną osoba poszukującą owej kobiety. Dowiaduje się także, że weszła ona w posiadanie wiedzy, która może zmienić oblicze całej ludzkości, niekoniecznie na lepsze oczywiście.

Scenariusz sprawia wrażenie sztampowego na pierwszy rzut oka. Drugi rzut utwierdza nas w tym przekonaniu. Fabuła jest całkowicie przewidywalna. Owszem, nawet może i momentami ciekawa, choć prawdę mówiąc filmów o przyszłości, w której rządy sprawuje potężna korporacja inwigilująca ruch każdej jednostki, było bardzo wiele. Renaissance Christiana Volckmana nie wyróżnia się na ich tle. Ba, pod względem fabularnym wypada nadzwyczaj blado. Jedynie zakończenie jest pewnym zaskoczeniem, trochę to jednak za mało.

Twórcy Renaissance zdecydowali się na bardzo odważny krok, jeśli chodzi o wizualną stronę opowiadanej nam historii. Mianowicie zrezygnowali praktycznie ze wszystkich kolorów, pozostawiając tylko czerń i biel. Muszę przyznać, że efekt jest piorunujący. Forma ta nadaje filmowi niesamowity klimat, świetnie pasujący do tego typu cyberpunkowej opowieści. Cienie, blaski, faktury powierzchni – wszystko to robi ogromne wrażenie. Sama animacja wykonana jest perfekcyjnie. Użycie techniki motion capture sprawiło, że ruchy postaci są bardzo realistyczne. Fakt faktem, wzrok szybko męczy się przy przedstawionym tak kontrastowo obrazie, jednak szybka zapominamy o tym, gdy po raz kolejny podziwiamy panoramę, ulice, budynki futurystycznego Paryża.

Renaissance było reklamowane hasłem Krok dalej niż Sin City – Miasto Grzechu. Zgodzić się z tym można, ale tylko częściowo. Jest to na pewno krok dalej w upodabnianiu filmu do komiksu. Jak pisałem wyżej, dało to naprawdę świetny efekt. Po względem fabularnym za to produkcja Christiana Volckmana nie dorasta obrazowi Franka Millera i Roberta Rodrigueza do pięt. Tam przyszło nam oglądać wartką akcję, ciekawie prowadzoną, z niespodziewanymi zwrotami. Tutaj mamy raczej oparcie się na sprawdzonym schemacie. Nie jest to wada nie do wybaczenia, jednak trochę żal, że tak świetna oprawa wizualna nie doczekała się lepszego scenariusza. Może innym razem. Film polecam raczej jako ciekawostkę jeśli chodzi o realizację. Ogólnie jednak cała produkcja wypada średnio.

Ocena: 3/6

marzec 15, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy