Świadek koronny
Jan “Blacha” Blachowski, gangster. Jak twierdzi, dostał od Boga, losu, społeczeństwa drugą szansę. Zeznając przeciw swoim dawnym partnerom, jak ich nazywa, otrzymuje status świadka koronnego. Uważa, że w ten sposób odpokutuje za grzechy młodości. Swoją historię opowiada w wywiadzie udzielanym młodemu dziennikarzowi – Marcinowi Krukowi.
Świadek koronny to nadzwyczaj dobry film, nie idealny, ale w ciekawy sposób ukazujący życie warszawskiego półświatka. Nie silący się na banały. Owszem, uznający, że gangsterzy to także ludzie, że może gdyby wychowali się w innym środowisku, w innej dzielnicy, byli by praworządnymi obywatelami, a tak są kim są, jednak nie posuwający się z tą tezą zbyt daleko. Widz mimo wszystko nie potrafi obdarzyć ich sympatią. Momenty, w których pokazują ludzką twarz nie są w stanie zatrzeć faktu, że ich droga do bogactwa prowadzi przez mordy, wymuszenia, włamania i gwałty.
Nawet Blacha, główny bohater filmu, postać rzekomo skruszona, która podobno dla miłości zrezygnowała z przestępczego procederu, nie zostaje przez nas rozgrzeszony. Będziecie tańczyć jak Wam zagra – mówi na samym początku dziennikarzom jego kochanka. Nie tańczymy, nie wierzymy mu, choć na pewno zastanawiamy się jak kochający ojciec i mąż może zarazem być takim łotrem. Za tą niejednoznaczność postaci i idealne wyważenie w bohaterach części dobrej i części złej, uniknięcie przerysowania ich w którąkolwiek stronę, należą się reżyserowi wielkie brawa.
W filmie uświadczymy wielu znakomitych aktorów. Niektórych znamy już dobrze z roli czarnych charakterów, inni po drugiej stronie barykady stają po raz pierwszy. Zdecydowanie na planie bryluje Robert Więckiewicz. Dzielnie wspomagają go: debiutujący na dużym ekranie Paweł Malaszyński, a także starzy wyjadacze: Andrzej Grabowski, Maciej Kozłowski, Andrzej Zieliński i inni. Smaczkiem jest epizod aktora znanego nam z roli syna Adasia Miauczyńskiego w choćby Dniu świra – Michała Koterskiego.
Od strony technicznej Świadek koronny prezentuje się znakomicie. Szybki, dynamiczny montaż, dobre zdjęcia, wpasowująca się w wydarzenia oglądane na ekranie muzyka dają razem świetny efekt. Zdecydowanie najlepsza jest scena, w której przeplatają się ujęcia ukazujące zamach na Blachę i wizytę jednego z gangsterów w Ziemi Świętej. Świetnie wykonana scena, z mocną, rockową muzyką w tle, jest jedną z najlepszych, jakie przyszło mi oglądać w polskim filmie akcji.
Świadek koronny ma tylko jedną, aczkolwiek dosyć sporą wadę. Mianowicie reżyserowi zabrakło odwagi, aby zakończyć swój obraz bez dawki patosu. Szkoda, bo ostatnie sceny znacznie osłabiają jak najbardziej pozytywne wrażenie budowane skrupulatnie przez twórców przez cały film. Gdyby nie to ocena była by na pewno o jedno oczko wyższa.
Ocen: 4/6
Sztandar chwały
Można śmiało powiedzieć, że Clint Eastwood jest jak wino – im starszy tym lepszy. Mimo, że nieubłagalnie zbliża się do granicy 80 lat, regularnie raczy nas kolejnymi produkcjami, w których pokazuje klasę jako reżyser. Rzeka Tajemnic, Za wszelką cenę, a teraz dwa wojenne obrazy opowiadające o bitwie o Iwo Jimę – Sztandar chwały i Listy z Iwo Jimy. W ten weekend do kin zawitał pierwszy z tych filmów, opowiadający o losach sześciu żołnierzy, znanych Wam zapewne dobrze z uhonorowanego nagrodą Pulitzera zdjęcia Joe Rosenthala, ukazującego trzech amerykańskich marines stawiających flagę na wyspie Iwo Jima. Fotografia szybko trafia na pierwsze strony gazet, sześciu śmiałków uzyskuje status bohaterów, jednak jak się okazuje nie do końca słusznie. Oni sami nie potrafią sobie z tą odpowiedzialnością poradzić, ani się na nią zgodzić.
Film zasadniczo dzieli się na dwie części. Z jednej strony naszym oczom ukazane są sceny typowo batalistyczne oraz ukazujące życie żołnierzy. Z drugiej obserwujemy losy sześciu sławnych marines, którzy wrócili do domu i którzy muszą poradzić sobie z konsekwencjami znalezienia się (mniej lub bardziej słusznie) na owej fotografii.
Szybki montaż na wysokim poziomie zdecydowanie pomaga w ukazaniu w ciekawy sposób realiów bitwy. Wymieszanie zdjęć kręconych „z ręki” z panoramicznymi daje naprawdę dobry efekt. Sceny desantu amerykańskich marines na plażę zawsze będą przywodziły mi na myśl Szeregowca Ryana Stevena Spielberga i słynną scenę desantu na plaży Omaha. Sztandar chwały pod tym względem może nie dorównuje wspomnianemu dziełu, trudno mu jednak cokolwiek w kwestii pokazania scen batalistycznych zarzucić.
Z drugiej strony, obserwując losy sześciu bohaterów po powrocie do ojczyzny, jesteśmy poruszeni sytuacją w jakiej się znaleźli i wręcz nieludzką postawą oraz cynizmem amerykańskiego rządu, który zamierza wykorzystać ich medialną potęgę. Eastwood jednak, zupełnie moim zdaniem niepotrzebnie, obok ludzkiego dramatu wcisnął całkiem sporo typowo hollywoodzkiego patosu, który wrażenie tworzone przez tragedię marines znacznie osłabia. Jest zbyt patetycznie i wzniośle, aby widz mógł bohaterom w pełni współczuć.
Z obydwu filmów poświęconych ofensywie na wyspę Iwo Jima zdecydowanie bardziej czekałem na drugi, opowiadający o wybitnym japońskim dowódcy – Tadamichim Kuribayashi. Mam nadzieję że Listy z Iwo Jimy nie zawiodą moich oczekiwań. Sztandar chwały nie zawiódł, jednak też nie zachwycił.
Ocena: 4/6
Dobry Agent
Edward Wilson jest agentem. Nie ma jednak nic wspólnego z Jamesem Bondem, czy Etanem Huntem z Mission: Impossible. Robert De Niro ukazuje nam w swoim filmie postać zgoła odmienną. Główny bohater Dobrego Agenta jest postacią niepozorną, bardziej przypominającą urzędnika, a jednak na jego barkach spoczywają losy ludzi, grup, a nawet całych krajów. Jesteśmy urzędnikami, panie Wilson – mówi Generał Sullivan odgrywany przez samego reżysera. I to zdanie bardzo trafnie definiuje zarówno gatunek produkcji, jak i sposób prowadzenia akcji oraz temat opowieści.
Na próżno szukać w Dobrym Agencie wartkiej akcji, pościgów, strzelanin. Miłośnicy filmów sensacyjnych na pewno poczuliby się zawiedzeni. Robert De Niro skoncentrował się na ukazaniu równolegle losów jednostki i losów całego świata, na które ta jednostka ma niebagatelny wpływ. Grany przez Matta Damona Edgar Sullivan rozpoczyna swą pracę w wywiadzie w roku 1939. Po kilkunastu latach służby bierze udział w tajnej operacji w Zatoce Świń, mającej na celu obalenie Fidela Castro. Niestety operacja kończy się całkowitym niepowodzeniem. Wszyscy podejrzewają, ze ktoś ich zdradził.
Mimo braku, o czym wspomniałem wcześniej, elementów typowych dla kina akcji, Dobry Agent nie jest filmem nudnym, wręcz przeciwnie, wymaga jednak bardzo wiele od widza. Podczas seansu należy być maksymalnie skoncentrowanym, aby wychwycić wszelkie podane nam nie wprost wskazówki. Wszak świat wywiadu rządzi się swoimi prawami, tu nic nie jest jasne i oczywiste. Jeżeli jednak damy się wciągnąć w opowiadaną historię, docenimy kunszt reżysera ukazujący dramaty ludzkie na równi z dramatami całego świata.
Wszak praca w wywiadzie do najłatwiejszych nie należy, wymaga przy tym całkowitego poświęcenia się sprawie i oddania regulaminowi, który etykę ludzką ma często w głębokim poważaniu. Do tego dochodzą problemy w życiu osobistym, powodowane po części przez specyfikę wykonywanego zawodu, a także niemożność zdradzenia żadnych informacji na temat swojej pracy najbliższym. Konieczne jest także zobojętnienie na pewne sprawy, zdarzenia, co na pewno nie pomaga w budowaniu szczerych i ciepłych relacji z żoną i dziećmi.
Dobry Agent to bardzo ciekawy film. Sposób w jaki reżyser opowiada nam o dramatach ludzkich, stojących jednak w tle „wyższego dobra”, zasługuje na pochwałę. Na pewno trzeba oglądać go z odpowiednim nastawieniem, wtedy opowiadana przez Roberta De Niro historia potrafi wciągnąć. Reżyserowi dzielnie sekundują wybitni aktorzy: Matt Damon, Angelina Jolie oraz drugoplanowi: Alec Baldwin, Robert De Niro i Joe Perci. Wspólnie stworzyli ciekawą historię, pozwalającą nam zrozumieć, ze tajni agenci to, wbrew pozorom, normalni ludzie. Bo Dobry Agent to film nie o agentach, tylko właśnie o ludziach…
Ocena: 5/6
Ostatni król Szkocji
25 kwietnia 1971 roku Idi Amin – po krwawym zamachu stanu – przejął władzę w Ugandzie. Wprowadził rządy krwawego terroru, dyktaturę opartą na represjach. Oskarżano go o wiele zbrodni. Przypisywano mu fascynację Adolfem Hitlerem, a nawet kanibalizm. Był zafascynowany Szkocją. Ostatni król Szkocji – tytuł jaki Amin nadał sam sobie – jest także tytułem filmu opowiadającego o początkach jego władzy.
Historię krwawego władcy, pierwsze tygodnie jego prezydentury, obserwujemy oczami Nicholasa Garrigana – młodego Szkota, lekarza, który zostaje mianowany osobistym doktorem Amina. Początkowo wszystko dzieje się jak w bajce. Przyjęcia, prezenty, piekne kobiety, możliwość realizacji życiowych ambicji – Nicholas czuje się jak w raju. Z czasem jednak Idi Amin ukazuje swe prawdziwe oblicze – władcy szalonego, obsesyjnie i brutalnie zwalczającego swoich wrogów politycznych, nieobliczalnego. Sielanka młodego Szkota szybko przemienia się w wielki dramat.
Po obejrzeniu Ostatniego króla Szkocji, można być pewnym jednego. Jeżeli Akademia Filmowa nie nagrodzi Foresta Whitakera Oskarem za rolę prezydenta Ugandy, należy okrzyknąć ich bandą ignorantów. Kreacja stworzona przez tego 46-letniego aktora jest zdecydowanie najlepszą w jego życiu. Idealnie wpasował się w rolę człowieka, który potrafi się zarówno bawić, śmiać, jak i mordować swoich wrogów i zdrajców z niespotykaną brutalnością.
Kevin Macdonald, do tej pory nie mający wielkiego doświadczenia jako reżyser filmów fabularnych (jest dokumentalistą), zaskakuje sprawnością w prowadzeniu akcji i ukazywaniu psychologii postaci. Nie karmi nas przy tym banałami. Nick, początkowo wielki przyjaciel prezydenta, nie jest wcale mędrcem, który na Idi Amina ześle oświecenie. Jest głupcem, którego pycha i zaślepienie, doprowadzają do tragedii. Reżyserowi należą się także brawa za sprawne przejścia między konwencjami, od komedii, przez dramat, na thrillerze kończąc. Macdonald sprawnie zmienia nastrój filmu, nie wytrącając widza z nastroju.
Ostatni król Szkocji to film koncentrujący się na jednym człowieku. Nie zobaczymy tu zbyt wiele z tragedii ludzi żyjących w Ugandzie. Liczy się tylko Idi Amin i jego postępowanie, które wszakże ma wpływ na każdego mieszkańca. Macdonald stworzył obraz poruszający, który jednak byłby tylko niezłym dramatem gdyby nie Forest Whitaker. Choćby dla jego kreacji warto udać się do kina. Polecam.
Ocena: 5/6
Petycja – Nie pozwólmy rozdzielić Grind House
Do:
KINO ŚWIAT Sp. z o.o.
Kinga Jakubowska – Dyrektor Generalny
ul. Belwederska 20/22, bud. Uniwersus
00-762 Warszawa
(+48 22) 840 68 01- 05
kinga@kinoswiat.pl
Quentin Tarantino i Robert Rodriguez stworzyli dzieło niezwykłe. Grindhouse – podwójny film – na który składają się dwie 75-minutowe produkcje – Death Proof i Planet Terror – rozdzielone zwiastunami fikcyjnych filmów. Wielu kinomaniaków w Polsce oczekiwało na dzień premiery z niecierpliwością. Miało być to ich święto. Dystrybutor filmu w naszym kraju – firma Kino Świat – zrezygnował z podwójnej formy filmu i hasła Double Feature dzieląc go na dwie części. Uważamy, że jest to działanie sprzeczne z zamysłem twórców i niszczące ideę tej produkcji. Zwracamy się wobec tego z prośbą o zmianę swej decyzji, z uwzględnieniem głosów fanów i zamysłu reżyserów.
Kinomaniacy
Zachęcam do podpisania petycji. Znajduje się ona pod tym adresem:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=2072
Człowiek z miasta
Bohaterowie pokroju Jacka Giamoro nigdy nie cieszyli się moją wielka sympatią. Ludzie sukcesu, o ego większym niż wille w których mieszkają, uważający innych za gorszych od nich samych. Nie potrafię im współczuć, nie interesują mnie ich losy, sukcesy, niepowodzenia, ani to, czy i komu ich żona robi dobrze. Jack Giamoro, jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy agent w Hollywood, jest bohaterem produkcji Człowieka miasta Mike’a Bindera, i jak można wywnioskować z moich powyższych słów, niezbyt go polubiłem przez 96 minut trwania filmu.
Oczywiście Jackowi nie wszystko się udaje, w końcu co to by był za film, opowiadający o paśmie sukcesów jednego człowieka. Mógłby co najwyżej wzbudzić frustrację u widza, któremu nie powodzi się tak rewelacyjnie. Tak więc Jack ma kłopoty. Z żoną, która dorabia mu rogi z jednym z klientów. Z sobą samym także. Traci wiarę we własne siły, pewność siebie, co pcha do jakże desperackiego kroku: zapisania się na kurs dla ludzi chcących osiągnąć sukces. Podstawą całego szkolenia jest całkowite uzewnętrznienie się w pamiętniku, zapisanie w nim swoich sekretów. A Jack kilka ich posiada i to takich, które mogą skutecznie zniszczyć jego, i nie tylko jego, karierę. Dziennik, a jakże, zostaje skradziony i trafia w ręce niespełnionej pisarki, której prace wcześniej Jackowi zdarzało się odrzucić, a która zamierza tajemnice agenta opublikować w prasie.
Widz ma dylemat, czy kibicować Benowi Affleckowi, czy też dziennikarce Barbi Ling i jej niezbyt bystremu chłopakowi. Górą będzie chyba jednak, ku mojemu zdziwieniu, jednak Ben, bowiem panna Barbi jest jeszcze bardziej pusta i sztuczna niż odgrywany przez niego Jack Giamoro.
Film mam momenty. Niewiele, ale jednak są. Widok Bena Afflecka ze zgryzem jak u świstaka rozbawi naprawdę każdego. Jawne naśmiewanie się z show biznesu i panujących w Fabryce Marzeń układów oraz plejada tyleż oryginalnych co i pustych postaci potrafi również niejednokrotnie przywołać uśmiech na nasze usta. Męska część widowni zapewne z radością przywita na ekranie obecność pani Romijn – znana nam dobrze z roli Mystique aktorka wygląda olśniewająco. To by było jednak na tyle. Przez całkiem sporą część filmu widz ma święte prawo się nudzić. Akcja nie porywa, bohaterowie nie wzbudzają sympatii, a cała historia wydaje się nieco naciągana.
Film Człowiek z miasta jest taki sam jak ludzie, o których opowiada. Czasami potrafi zaskoczyć, rozśmieszyć, czasami da się w nim zauważyć błysk, często jednak po prostu nuży i sprawia, że te nieco ponad półtorej godziny wydłuża się w nieskończoność. Szkoda tylko duetu Affleck – Romijn. Bena ciągle uważam za bardzo dobrego aktora, a Rebecca wciąż potrafi przyprawić męską część widowni o szybsze bicie serca. Szkoda, że Mike Binder nie wykorzystał potencjału drzemiącego w tej parze.
Ocena: 3/6
Patrol
Co składa się na dobry film akcji? Po pierwsze w miarę ciekawy, niekoniecznie wyróżniający się oryginalnością scenariusz. Dobrzy, a przynajmniej znani aktorzy, prawdziwi ekranowi twardziele, wzbudzający jednak sympatię, także się przydają. Dynamiczny montaż i sprawnie prowadzona akcja są oczywiście wymagane. Patrol wszystkie te wymienione wyżej składniki posiada i z postawionego przed nim zadania, czyli zapewnienia nam kilkudziesięciu minut rozrywki, wywiązuje się naprawdę dobrze.
Andrew Davis, znany z takich produkcji jak Liberator i Ścigany, co daje nam obraz jego doświadczenia w filmach akcji, tym razem wziął na warsztat ratowników morskich, rezygnując z tak oklepanych tematów jak policjanci, żołnierze, komandosi itp. Zadziałało to na korzyść filmu – nadało mu nieco świeżości. Co ważne, a co nie każdy musi wiedzieć, ratownicy morscy to chłopy na schwał, dlatego widzowie żądni widoku twardzieli nie będą zawiedzeni.
Film koncentruje się na osobie Bena Randalla – legendy wśród ratowników morskich. Po tragicznym wypadku podczas jednej z akcji zostaje on przeniesiony do szkółki w Luizjanie, gdzie będzie szkolił rekrutów. Wśród nich znajdzie się Jake Fischer – młody, pewny siebie chłopak. Jak nietrudno się domyślić między oboma panami nie nawiąże się początkowo zbyt życzliwa więź, z czasem jednak staną ramię w ramię na straży ludzkiego życia.
Reżyser prowadzi widza przez kolejne etapy treningu ratowników. Jeżeli ktoś miał złudzenia, iż jest to łatwa sprawa, wymagająca jedynie siły mięśni, szybko zweryfikuje swoje poglądy. Podczas walki z samym sobą, kiedy organizm jest otępiony przez lodowatą wodę, psychika odgrywa olbrzymie znaczenie. Ci ludzie są naprawdę zahartowani, po każdym względem, i to właśnie Davis starał się nam pokazać. Wyszło mu znakomicie. Po treningu przychodzi czas na prawdziwe akcje, gdzie ratownicy zdani są tylko na siebie i własnych partnerów, gdzie często nie są w stanie uratować każdego, co fatalnie odbija się na ich psychice. Muszą jednak z tym żyć i dalej robić swoje. Trzeba przyznać, że akcje ratunkowe są zrealizowane naprawdę profesjonalnie, choć po specjaliście pokroju Davisa należało się tego spodziewać.
Kevin Costner i Ashton Kutcher, mimo, że nie grają zbyt wiele, dosyć sprawnie wpasowują się w rolę duetu mentor-uczeń. Ba, śmiem nawet twierdzić, że w tym przypadku mieszanka młodości i rutyny jest naprawdę mocną stroną filmu. Szkoda tylko, że reżyser nie dał im więcej pograć i ograniczył większość ich wypowiedzi do prawd życiowych i morałów.
Patrol jest filmem, który z pewnością można polecić jako rozrywkę na wieczór po ciężkim dniu. Sprawnie zrealizowany, bez zbędnych dodatków ukazujący walkę człowieka z żywiołem, nie angażujący przy tym zbyt wielu szarych komórek widza, pozwoli się zrelaksować. Niestandardowe zakończenie tylko wzmacnia pozytywne wrażenie pozostawione przez ten obraz.
Ocena: 4/6
W pogoni za szczęściem
Dążenie do celu za wszelką cenę, mimo licznych przeciwności – to temat w kinie dobrze znany i często eksploatowany. Od zera do bohatera, od biedaka do bogacza – ile razy widzieliśmy już produkcje o tym opowiadające? W pogoni za szczęściem to obraz zgoła inny. Spokojny, nie próbujący wzruszyć nas tanimi chwytami, a jednak poruszający.
Głównym bohaterem jest Chris Gardner, który traci wszystkie oszczędności, próbując zaistnieć jako akwizytor. Jest to człowiek twardo stąpający po ziemi, zdeterminowany aby osiągnąć sukces i poprawić swój i swojego syna byt. Nie jest jednak dobrze nam znanym z innych produkcji typem marzyciela, który z denerwująco przylepionym na twarzy uśmiechem nawet w najgorszej sytuacji potrafi znaleźć dobry aspekt. Chris wie, że wszystko zależy od jego zacięcia i ciężkiej pracy i krok po kroku realizuje swój wydawałoby się karkołomny plan zostania maklerem, w czym nie przeszkadza mu ani brak pieniędzy, ani brak wykształcenia.
Praca nie jest jednak jedyną rzeczą, na której Chris musi się koncentrować. Z żoną i tak od dawna mu się nie układało, nie dała rady trwać dłużej przy człowieku, który w jej mniemaniu nie miał przed sobą przyszłości. Jednak z synem nasz bohater stara się utrzymać jak najlepszy kontakt, prawdę mówiąc wszystko co robi, robi z myślą o nim. W pewnym momencie stara się także uświadomić chłopcu, że pogoń za nierealnymi marzeniami może skończyć się bardzo źle i lepiej od razu zarzucić tego typu plany. Po chwili jednak uznaje, że nikt, nawet on sam, nie ma prawa mówić młodemu Christopherowi, że nie zdoła czegoś osiągnąć.
Widz obserwuje ich drogę do lepszego życia. Kolejne dni spędzone na próbach sprzedania przenośnego urządzenia rentgenowskiego, później jego naprawy, kursy handlu, noce w schroniskach – film nie zawiera spektakularnych scen, nagłych zwrotów akcji. Gabriele Muccino pokazał nam „chwilę szczęścia” swojego bohatera. Widza może to znużyć, warto jednak wtedy przypomnieć sobie, że oglądana przez nas historia jest oparta na faktach i docenić, że została ukazana bez zbędnych upiększeń. Ot, proza życia w całej okazałości.
Will Smith, w zupełnie nowej dla siebie roli, wypadł naprawdę dobrze. Nie wierzyłem, że uda mu się zerwać z wizerunkiem aktora komediowego, jednak oglądając W pogoni za szczęściem, całkowicie o jego wcześniejszych wyczynach zapomniałem. Jest poważny, przekonywujący i naprawdę świetnie gra – świadczą o tym zresztą liczne nominacje i nagrody, jakimi został uhonorowany. Reszta obsady pozostaje w jego cieniu.
W pogoni za szczęściem to bardzo wartościowe kino obyczajowe. Bez zbędnych upiększeń i przesłań przedstawiono nam historię człowieka dążącego za pomocą ciężkiej pracy do celu. Jest to słodko-gorzki obraz, który jednak ostatecznie nastraja pozytywnie i nie potrzebuje do tego wymyślnego happy-endu. Po seansie mamy nadzieję, że każdemu z nas przytrafi się kiedyś „chwila szczęścia”. Polecam.
Ocena: 5/6
Ryś

Mierzenie się z legendą zawsze niesie za sobą spore ryzyko. Mierzenie się z Misiem – filmem kultowym – wydaje się z góry skazane na porażkę. Stanisław Tym podjął jednak wyzwanie i stając w szranki z obrazem stworzonym przez Stanisława Bareję 26 lat temu, wyszedł z potyczki obronna ręką, choć zapewne nie dla wszystkich wynik będzie jednoznaczny. Ryś, w odróżnieniu od Misia, nie jest komedią stricte polityczną. Naśmiewanie się z władzy, polityki, ale także z „polactwa”, naszej rzekomej tolerancji, kłamliwej religijności i innych, jakże licznych przywar naszego narodu, przeplata się z wątkami typowo komediowymi. Jedni uznają to za wadę, inni za zaletę. Osobiście skłaniam się ku drugiej opinii, film dzięki temu zyskał na lekkości.
Głównym bohaterem jest oczywiście Ryszard Ochódzki, kobieciarz, cwaniaczek, który całkiem sprawnie odnajduje się w rzeczywistości III i IV Rzeczpospolitej. Kieruje on klubem sportowym „Tęcza”, który tak naprawdę jest jedynie przykrywką dla defraudowania tak wielu pieniędzy, jak tylko się da. Pechowo prezes zostaje wplątany w porachunki z mafią i ma im oddać dość sporą sumę pieniędzy. W wyniku wielu wydarzeń, zostaje w końcu posłem, potem ma nawet kandydować na prezydenta, a i na tym nie koniec jego przygód.
Wrażenie robi obsada aktorska. Stanisław Tym, Krzysztof Kowalewski, Zofia Merle, Krzysztof Globisz, Janusz Rewiński, Krystyna Feldman, Joanna Szczepkowska, Krystyna Janda, Jerzy Turek, Marek Kondrat, Beata Tyszkiewicz, Grażyna Szapołowska i Borys Szyc – to nie wszystkie gwiazdy, jakie zobaczymy w Rysiu. Oczywiście każda postać jest oryginalna, specyficzna, nieco przerysowana i genialnie zagrana.
Czy Ryś będzie kontynuował legendę Misia? Czy jego teksty będą cytowane przez wiele lat, tak jak to miało miejsce w przypadku pierwowzoru? – te pytania zaprzątały głowę miłośnikom kina od momentu ogłoszenia prac nad kontynuacją hitu z 1981 roku, aż do premiery. Odpowiedź brzmi: nie do końca. Owszem, niektóre motywy, jak na przykład Telewizja Witraż, czy liczne, propagandowe teksty „prawdziwych Polaków” mogą na stałe wbić się do naszej pamięci, jednak pod względem politycznym Ryś ma o wiele mniejszą siłę przebicia niż Miś. Głównie dlatego, że to głownie „zwyczajna” komedia, warto jednak dodać, ze komedia bardzo dobra. Dodatkowym smaczkiem jest nawiązanie do Rejsu Marka Piwowskiego.
Ryś miał śmieszyć i śmieszy, może nie do końca środkami, jakich się po nim spodziewaliśmy, nie jest jednak źle. Miłośnicy komedii na pewno będą zadowoleni. Fani Misia także nie powinni być rozczarowani. Film sprawnie atakuje naszą zaściankową mentalność, elity polityczne i absurdy rosnące w naszym kraju jak grzyby po deszczu. Robi to mniej agresywnie niż pierwowzór, ale do myślenia i tak daje. Rysia gorąco polecam.
Ocena: 5/6
