Ruchome Obrazki

nieregularnik filmowy

Ultraviolet

Film Ultraviolet Kurta Wimmera można uznać za wzór podręcznikowej wręcz definicji nudy. Równie nużącego obrazu SF nie miałem okazji obejrzeć od bardzo dawna. Pierwszy raz o tej produkcji usłyszałem dobrych parę lat temu. Zapowiedzi wyglądały interesująco, miałem nadzieję na dobry, sprawnie zrealizowany film. Okazuje się jednak, wbrew powszechnie panującej opinii, jakoby kino rozrywkowe było najłatwiejsze do nakręcenia i sprzedania, że o ciekawy, trzymający w napięciu obraz, opierający się głównie na akcji i efektach specjalnych wcale nie jest łatwo.

Przede wszystkim, akcja musi porywać, wgniatać widza w fotel, a nawet przyprawiać o zawroty głowy. Niestety w Ultraviolet praktycznie żadna scena nie powoduje wzrostu poziomu adrenaliny. Po pierwsze – praca kamery jest strasznie chaotyczna, operatorowi nie udało się uchwycić dynamiki rozgrywających się scen. Ciągłe cięcia i zmiany kamery nie pozwalają na ukazanie nam jakiejkolwiek płynności prezentowanych starć. Pościgi obserwujemy głównie z kamery umieszczonej przed bohaterką, co wyklucza jakiekolwiek wrażenie szybkości. Drugim mankamentem jest sama choreografia i ogólny zamysł przebiegu walk. Nie dość, że wraży żołnierze cechują się inteligencją na poziomie gwiezdnowojennych szturmowców, co wydatnie odbija się na ich umiejętności korzystania z przewagi liczebnej i celności ich strzałów, to mają oni dodatkowo nieprzyjemną skłonność do zabijania siebie nawzajem. Z tego właśnie powodu prezentowane nam potyczki na miecze czy też broń palną zdają się być dla głównej bohaterki równie wymagające, co spacer po parku w słoneczny dzień, a przez to – zupełnie nie emocjonujące dla widza.

Wizualnie też nie jest najlepiej. Owszem, kilka scen potrafi zapaść w pamięć bardzo klimatyczną otoczką – zarówno wizualną, jak i muzyczną (polecam zwłaszcza koniec walki w bibliotece), jednak przeważająca większość efektów specjalnych, przywodzi na myśl raczej amatorskie produkcje na poziomie rodzimego Wiedźmina.

Do tego dochodzi bardzo mizerna fabuła. Otóż grupa ludzi zostaje zarażona przez tajemniczego wirusa, zmieniający ich w coś na kształt wampirów. Cechują się oni zwiększoną wytrzymałością, siłą i sprawnością fizyczną. Jak łatwo się domyślić, ta “inność” staje się powodem ich eksterminacji. Jedną z zarażonych jest Violet – kobieta, która jakiś czas temu straciła dziecko z winy eksperymentów rządu, a teraz pała wyłącznie chęcią zemsty. Wszystko zmienia się, gdy wykonując jedno z powierzonych jej zadań musi zaopiekować się tajemniczym, dziewięcioletnim chłopcem. Oryginalności jak widać zbyt wiele nie uświadczymy, jednak znamy przecież wiele produkcji o słabym scenariuszu, które świetnie nadają się wieczorny relaks przy telewizorze, bowiem braki fabularne nadrabiają dobrą realizacją i szybką akcją.

W Ultraviolet niestety tego też zabrakło. Otrzymaliśmy za to produkcję sztampową, nudną, nie trzymającą w napięciu przez dłużej niż kilka sekund, dodatkowo słabo zrealizowaną wizualnie. Nie ratuje jej nawet urok i wdzięki Milli Jovovich. Być może gdyby Kurt Wimmer czuwał nad filmem do samego końca, a nie został odsunięty od jego realizacji przez producentów, mielibyśmy do czynienia z co najmniej średnim filmem. Wystarczy bowiem wspomnieć jego Equlibrium, które – naśladując motywy z Matrixa – może i nie dorównywało pierwowzorowi, ale było jednak filmem bardzo dobrym ze względu na świetną realizację i klimat. Ultraviolet jest niestety słaby i o ile na początku miałem żal do dystrybutorów, że film nie trafił do kin, po obejrzeniu go stwierdzam, że dobrze się stało. Zdecydowanie nie polecam.

Ocena: 2/6

listopad 2, 2006 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy

Diabeł ubiera się u Prady

Film Diabeł ubiera się u Prady to typowo kobiece kino. Dlatego podczas seansu czułem się nieco nieswojo, jednakże towarzyszące mi kobiety wydawały się być bardzo podekscytowane tą produkcją, postanowiłem więc wpasować się w otoczenie. Ciągle jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nie pasuję do świata Diora, Chanel, Dolce & Gabbana, czy Calvina Kleina.

Nie pasuje do niego także Andy – młoda, urocza i spokojna absolwentka college’u, która dostaję pracę jako druga asystentka redaktor naczelnej czasopisma poświęconego modzie – Wybieg. „Źle” ubrana, „źle” uczesana, w niemodnych butach, o normalnej, kobiecej figurze, wygląda niczym Kopciuszek w otoczeniu smukłych, wręcz czasami chudych, upiększonych kobiet, dla których świat kończy się na stylach i trendach. Dziewczyna jest jednak ambitna, wierzy, że praca w Wybiegu otworzy przed nią drzwi największych redakcji w Nowym Jorku. Najpierw jednak musi sprostać szefowej i samej sobie.

Brawa należą się przede wszystkim reżyserowi – Davidowi Frankleowi, oraz autorce książki, która posłużyła za podstawę dla filmu – Lauren Weisberg. Powieści nie miałem okazji czytać, jestem jednak pełen podziwu dla vis comica i przenikliwości, z jakimi autorka kreuje słodko-gorzki świat mody, co reżyser bardzo udanie przeniósł na taśmę filmową. Film jest momentami zabawny, momentami smutny. Pod koniec trochę zbyt ckliwy, jednak tą drobną, happyendową (choć nie do końca) wpadkę można mu zdecydowanie wybaczyć.

Jego największą siłą są aktorzy. Po pierwsze Meryl Streep – genialna w roli redaktor naczelnej (w pracy ma jakże wdzięczne przezwisko – „Smoczyca”), kobiety wyrachowanej, eleganckiej, pochłoniętej prawie całkowicie karierą, bezlitosnej, wymagającej, jednakowoż z lekką nutką człowieczeństwa. Dzielnie towarzyszy jej Anne Hathaway w roli Andy, która na tle tych wszystkich plastikowych lalek wypada olśniewająco, zachwycając naturalną i niebanalną urodą. Nawet kiedy stara się zasymilować z otoczeniem, cały czas pod grubą powłoką markowych ciuchów widzimy tą prawdziwą ją. Obydwu paniom dzielnie towarzyszy Stanley Tucci w roli Nigela – starego wygi w świecie mody – jest to zdecydowanie najzabawniejsza postać całego filmu, szkoda że tylko drugoplanowa.

Diabeł ubiera się u Prady to bardzo dobra propozycja na wyjście razem z przedstawicielkami płci pięknej do kina. Wbrew pozorom nie otrzymujemy kolejnej głupawej komedyjki o równie głupawych osobach. Twórcy bardzo dokładnie, z lekkim przymrużeniem oka i dużą dawką dobrego humoru prezentują nam kulisy świata mody. I nawet jeśli nie nosicie ciuchów najbardziej znanych światowych projektantów, jeśli nie bawi Was wydawanie grubych tysięcy na fantazyjne, a niekiedy dziwne kreacje, wybierzcie się do kina. Nie pożałujecie.

Ocena: 5/6

listopad 2, 2006 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Nie ma jeszcze komentarzy