Karas – sezon 1
Karas to naprawdę niezwykła opowieść. Dziejąca się w dwóch światach równolegle: ludzkim i nadprzyrodzonym. Mieszkańcy tego pierwszego nie dostrzegają jednak większości zdarzeń, jakie rozgrywają się wokół nich. Nie są świadomi walki między dobrem i złem, od której wyniku zależeć będzie także ich życie. Karas zabiera nas do Tokio w niedalekiej przyszłości. Do miasta, w którym grasuje morderca, lecz nie do końca zwyczajny. Jego ofiary nie wyglądają na zabite żadną ludzką bronią. Pojawiają się plotki, mówiące o demonie wodnym, który miałby być rzekomo sprawcą tych wszystkich okropieństw. Okazuje się jednak, że to nie tylko plotki…
Nie zdradzę tutaj więcej szczegółów na temat fabuły filmu. Chciałem Was tylko lekko wprowadzić w klimat opowieści, uważając przy tym, aby nie odebrać Wam przyjemności płynącej z odkrywania kolejnych wątków scenariusza, który jest, jak przystało na Japończyków, bardzo zagmatwany. Skomplikowanie to nie męczy jednak wcale. Opowiadana nam historia jest bowiem tak ciekawa, że wypiekami na twarzy oczekujemy na uchylenie choćby rąbka tajemnicy, spowijającej fabułę od samego początku. Nie liczmy jednak, że wszystko zostanie nam podane na tacy, musimy być podczas seansu bardzo skoncentrowani i wyczuleni na szczegóły i drobne niuanse.
Oprócz naprawdę ciekawego scenariusza, film może poszczycić się także bardzo porządną oprawą wizualną. W produkcji tej zastosowano równolegle dwie techniki animacji: dwuwymiarową i 3D. Obawiałem się, przyznaję, takiego połączenia, moje obawy okazały się jednak bezpodstawne. Graficy stanęli na wysokości zadania. Krajobrazy, wybuchy, efekty świetlne – to wszystko momentami zapiera dech w piersi. Ta maestria wydatnie wzmaga nieco magiczną aurę unoszącą się wokół filmu. Nieco zastrzeżeń można mieć czasami do wyglądu i animacji postaci, są to jednak drobnostki, które mogą negatywnie wpłynąć na ogólne, bardzo pozytywne, wrażenie.
Warto także wspomnieć o udźwiękowieniu filmu. Muzyka, skomponowana przez Yoshihiro Ike, znanego zapewne fanom japońskiej animacji z kompozycji do produkcji Blood: The Last Vampire, idealnie wpasowuje się w to, co widzimy na ekranie. Słyszymy ją jednak nieco w tle, nie wysuwa się na pierwszy plan, delikatnie potęgując niesamowity klimat bijący z ekranu.
Inicjatywa Anime-Gate od początku zyskała wielkie uznanie w moich oczach. Próba wprowadzenia na nasz rodzimy rynek animowanych produkcji z kraju Kwitnącej Wiśni, była nie lada wyzwaniem. Dzięki takim produkcjom jak Karas, przybliżanie rodzimemu widzowi dalekowschodnich animacji okaże się na pewno łatwiejsze. Jest to naprawdę świetny film, który powinien przypaść do gustu nie tylko miłośnikom tego typu produkcji. Świetny scenariusz, bardzo dobre wykonanie – zdecydowanie polecam i z niecierpliwością czekam na część drugą.
Ocena: 5/6
Jay i Cichy Bob kontratakują
Naprawdę bardzo lubię twórczość Kevina Smitha. Clerks – Sprzedawcy, Szczury z supermarketu, Dogma, W pogoni za Amy – te wszystkie filmy, powiązane postaciami Jaya i Cichego Boba, naprawdę mi się podobały, zwłaszcza dwie ostatnie z wymienionych przeze mnie pozycji. Nawet Dziewczynę z Jersey – film o zupełnie odmiennej tematyce – oglądało mi się przyjemnie. Z niecierpliwością oczekuję na drugą część Sprzedawców. Jedyny jego obraz, który nie wiedzieć czemu umknął mi, to Jay i Cichy Bob kontratakują. W końcu jednak i na niego przyszła pora…
Tym razem akcja całego filmu kręci się wokół tych dwóch niezbyt inteligentnych osobników. Dowiadują się oni, iż zostali gwiazdami komiksu, który na dodatek ma być zekranizowany w Hollywood. W ich mózgach o dziwo powstaje myśl: wszak ktoś powinien im za to zapłacić. Wyruszają więc do Fabryki Snów aby wyrównać rachunki ze złodziejska wytwórnią.
Kevina Smitha zawsze ceniłem za specyficzne poczucie humoru, za przemycanie, pod pozornie głupawą powłoką, trafnych spostrzeżeń na temat świata na którym przyszło nam żyć, dzięki czemu jego filmy bawiły ale jednocześnie skłaniały do refleksji. W Jay’u i Cichym Bobie niestety tego zabrakło, a przynajmniej ja tego nie dostrzegłem. Film składa się z mniej lub bardziej obrzydliwych gagów i żartów, głupawych dialogów, bezsensownych sytuacji… i z niczego więcej.
Możliwe, że przygody dwóch narkotykowych dealerów, którzy zamiast mózgu mają zapewne krzak marihuany, przypadnie do gustu młodym widzom, dla których ten cały “zielony” styl bycia jest czymś fajnym. Ja jednak, mając w pamięci wcześniejsze dokonania reżysera, po seansie filmu Jay i Cichy Bob kontratakują byłem zniesmaczony i rozczarowany. Mam na dzieję, ze Clerks 2 przywrócą mi wiarę w Kevina Smitha.
Ocena: 2/6
Francuski numer
Czterech mężczyzn i jedna kobieta wybierają się do Paryża. Murzyn, Rosjanin i dwóch Polaków jest wiezionych przez urodziwą Magdę zdezelowany żółtym Mercedesem do stolicy Francji. Okazuje się, że podróż przez Europę wcale nie jest taka prosta, problemy pojawiają się już przy próbie wyjechania z Warszawy.
Polacy nigdy nie byli zbyt dobrzy w bawieniu się konwencjami. I to jest chyba największy mankament Francuskiego numeru. Film, który miał być w założeniach raczej typowym kinem drogi z elementami komedii, postanowiono wzbogacić o wątki gangsterskie, co przyprawiło najwyraźniej w późniejszym czasie reżysera o ból głowy, bowiem bardzo pogubił się w swoim filmie i chyba do końca sam nie wiedział o czym chce nam opowiedzieć: o bohaterach którzy w trakcie podróży przywiązują się do siebie i poznają nawzajem, o zakładzie, który stał się przyczyną całej eskapady, czy też o tajemniczych poszukiwaniach żółtego auta przez gangsterów.
Pewną siłą filmu są na pewno aktorzy. Wyśmienicie sprawuje się Jan Frycz jako pięćdziesięcioletni nieudacznik, hazardzista, zwolennik tego co “nasze”, przeciwnik tego co “insze”. Również Bronisław Wrocławski po raz kolejny udowodnił, ze odgrywanie nieco ekscentrycznych postaci idzie mu świetnie. Jako bardzo oryginalny szef gangsterów spisuje się wspaniale. Robert Więckiewicz i Maciej Stuhr jako jego pomagierzy również zabiegają całkiem sprawnie o sympatię widza. Pierwszy gra typowego romantyka – przestępcę, znawcę kina, drugi jest raczej “dzieckiem neostrady”. Czaty, Gadu-Gadu – to jego życie.
Zdecydowanie blado na ich tle wypadają inne postacie, na przykład Magda odgrywana przez zjawiskowo piękną Karolinę Gruszkę, która ogólnie jest sprawcą sporego zamieszania. Potrafi przy tym rozdrażnić każdego, niestety widza także. Kroku „dotrzymuje” jej Jakub Tolak, jako Janek, dla którego najwidoczniej Klan jest szczytem możliwości aktorskich, bowiem tak beznadziejnej i mdłej gry aktorskiej nie widziałem od dawna.
Film jest bardzo nierówny jeśli chodzi o poziom. Momentami nuży i drażni, jednak czasami udaje mu się przykuć widza do ekranu, zwłaszcza gdy reżyser ukazuje nasze narodowe przywary oraz podczas rozmów gangsterów – Leona, Chwastka i ich szefa.
Ogólnie nie jest źle, choć nie jest niestety dobrze. Szkoda, że reżyser nie był bardziej konsekwentny w oparciu się na jednej konwencji, bowiem zabawa nimi wychodzi mu średnio. Serwowane nam są dwa wątki, które oddzielnie mogłyby być zabawne, w połączeniu jednak tracą na sile. Mimo wszystko Francuski numer można śmiało obejrzeć, choćby dla kreacji Jana Frycza.
Ocena: 3,5/6
Zabójczy numer
Genialny, świetny, wspaniały – takie słowa cisnęły mi się na usta po seansie filmu Zabójczy numer w reżyserii Paula McGuigana. Zostałem dosłownie wciśnięty w kinowy fotel i nie mogłem oderwać oczu od historii Slevina Kelevry – człowieka o którym powiedzieć, że znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie, to daleko posunięty eufemizm. Zdradziła go dziewczyna, stracił pracę, jego dom został przeznaczony do rozbiórki, został napadnięty i uznany przez dwóch mafijny bossów za kogoś innego, kogoś kto jest im winien sporo pieniędzy. Niezbyt różowo, jednak w tym filmie nic nie jest takie jak się wydaje.
Scenariusz to istne mistrzostwo. Początkowo jesteśmy raczeni wyrywkami całej historii z której wyciągamy mniej lub bardziej mylne wnioski, bądź też nie wyciągamy żadnych. Scenarzysta sprawnie, krok po kroku, odkrywa przed nami wszystkie karty, a przynajmniej sprawia wrażenie, że to robi. Film nie traci tempa, twórcy bardzo sprawnie żonglują konwencjami i przechodzą od typowego kina gangsterskiego z elementami komedii do dramatu. Wprawia to widza w jeszcze większą dezorientację i potęguje wrażenie jakie pozostawiają po sobie ostatnie sceny filmu.
Obsada Zabójczego numeru robi wrażenie. Josh Hartnett, Morgan Freeman, Ben Kingsley, Lucy Liu, Stanley Tucci, Bruce Willis – te nazwiska mówią same za siebie. Niedowiarków jednak zapewnię, że gra aktorska stoi w tym filmie na najwyższym poziomie, postacie są bardzo charakterystyczne i przekonywujące. Zaskoczyła mnie zwłaszcza, na plus oczywiście, Lucy Liu, reszta po prostu trzyma wysoki poziom.
Jeżeli jeszcze nie widzieliście Zabójczego numeru, to czym prędzej biegnijcie do kina, jest to jak na razie najlepsza, obok Piratów z Karaibów: Skrzyni Umarlaka produkcja tegorocznego lata. Szkoda, że jest to raczej film na jedno obejrzenie, przy drugim jego siła zaskoczenia może zostać nieco osłabiona. W każdym razie – musicie to zobaczyć, polecam.
Ocena: 5,5/6
Miami Vice
Przyznam na wstępie, że nie oglądałem serialu Policjanci z Miami, który powstał w latach 80. Dlatego idąc do kina na Miami Vice nie miałem zbyt wielkich wymagań, nie chciałem aby film dorównywał swojemu telewizyjnemu pierwowzorowi, liczyłem jedynie na dobrą zabawę przy akompaniamencie wyścigów, strzelanin i pięknych kobiet.
Po seansie zastanawiała mnie jedna rzecz – obejrzałem właśnie sensację czy komedię? Wbrew pozorom nie było to tak proste do stwierdzenia, bo mimo że wszędzie był on reklamowany jako film akcji, na sali słyszało się głównie śmiech. Niestety radość wśród widzów nie była wzbudzana przez gagi i żarty, a raczej przez osoby scenarzysty i reżysera. Stworzyli oni bowiem obraz niesamowicie słaby i nudny, zaś śmiech pozwalał rozładować negatywne napięcie, gdy człowiek uświadamiał sobie, że za to wszystko zapłacił.
Miami Vice jest przedziwną mieszanką patetycznych dialogów, przesadnie zachrypniętego głosu Colina Farrella, „życiowych” mądrości wygłaszanych przez aktorów oraz kilku widowiskowych akcji, które są kwintesencją tego typu filmów, a tu jest ich jak na lekarstwo, przez co Miami Vice jest produkcją nudną i nużącą. Żal mi trochę Jamiego Foxxa, który pokazał się z bardzo dobrej strony w Ray’u i Zakładniku, tutaj zaś pozostaje w tle tragicznie grającego Collina Farrella.
Film ma kilka ciekawych momentów, które potrafią przykuć uwagę widza. Szkoda jednak, że scen wyjętych rodem z porządnego filmu akcji jest tak niewiele. Na plus należy zapisać za to muzykę. Świetnie dobrane kawałki, szybsze w tych bardziej emocjonujących (a przynajmniej próbujących takimi być) momentach, a przez pozostałą część filmu spokojne, melodyjne i nastrojowe. Te dwa składniki to jednak za mało, aby film ocenić pozytywnie. Zabrakło wszystkiego: scenariusza, aktorów i napięcia. Zdecydowanie nie polecam.
Ocena: 2/6
7 krasnoludków – historia prawdziwa
Nastoletnia Królewna Śnieżka, której najwyraźniej brakuje chłopaka, bowiem bawi się lalkami i odgrywa nimi sceny pocałunku. Królowa-hetera, wyglądająca jak Sharon Stone dwadzieścia lat później. Myśliwy, którego pies bojowo-pościgowy, o wdzięcznym imieniu Brutus, jest wielkości dużego szczura. No i krasnale – siedmiu mężczyzn, którzy postanowili zostać skrzatami, noszą sztuczne brody, a wszystko to rzekomo wina kobiet. Tak oto pokrótce przedstawia się plejada bohaterów filmu 7 krasnoludków – historia prawdziwa.
Ostatnimi czasy nastała moda na ukazywanie „prawdziwych” wersji znanych wszystkim dobrze baśni i bajek. Mieliśmy już do czynienia z Czerwonym Kapturkiem, który brał udział w niezłej aferze jaka odegrała się w chatce babci. Tym razem „na warsztat” postanowiono wziąć opowieść o dziewczynie mieszkającej z siedmioma facetami, małymi to małymi, ale wciąż facetami, co jednak twórcom tej baśni nie wydawało się wcale dziwne. Z ukazywaniem tej „właściwej” prawdy jest jednak pewien problem. Jeżeli nie zostanie przedstawiona ona dosyć przekonywująco, najśmieszniejszym elementem całej produkcji okaże się reżyser i ewentualnie scenarzysta. 7 krasnoludków – historia prawdziwa filmem rewelacyjnym na pewno nie jest, na szczęście twórcy nie zostaną zjedzeni przez złego wilka, tudzież Babę Jagę, nie poddamy ich też Wiecznej Ondulacji, najwyżej na jakiś czas zamkniemy ich w dalekiej wieży, aby mogli zrozumieć, w których miejscach się nie popisali.
7 krasnoludków – historia prawdziwa to film aktorski, czyli autorzy nie kierowali się modą i nie tworzyli produkcji animowanej. Jednak aby widzom łatwiej było odbierać niemieckie dialogi, zdecydowano że wcale nie będą ich słyszeć i skorzystano z dobrodziejstwa dubbingu. I właśnie tutaj prawdę mówiąc tkwi największa siła filmu. Iście gwiazdorska obsada (wystarczy wymienić takie osoby, jak Jerzy Kryszak, Maciej Stuhr, Paweł Wilczak, Robert Makłowicz i Katarzyna Figura) tchnęła w ten film dodatkową moc rozbawiania widzów. Aktorzy zostali świetnie dopasowani do odgrywanych przez siebie postaci, jednak prawdziwą perełką pod tym względem jest Paweł Wilczak, który wraz z Borisem stworzył postać marudnego, pesymistycznie nastawionego do życia, zrezygnowanego krasnala, któremu „dynamiki” i „ekspresji” mógłby pozazdrościć nawet Andrzej Poniedzielski. Jeżeli chodzi o tłumaczenie dialogów, to też jest naprawdę dobrze. Wiele kwestii zostało odniesionych do naszych realiów, możemy na przykład usłyszeć znane nam ze sceny politycznej „Yes, yes, yes”.
Od strony technicznej film sprawia wrażenie karykatury bajkowego świata, co można traktować jako świadome zamierzenie twórców. Nie rażą więc raczej tandetne efekty specjalne, kiczowata charakteryzacja i kostiumy. Można uznać to za koncepcję reżysera i przejść nad tym do porządku dziennego, nie zwracając na to zbytniej uwagi. W końcu w parodiach najważniejsze jest odpowiednio zgryźliwe i szydercze podejście do konkretnego dzieła. Z tym niestety nie jest najlepiej – film jest bardzo nierówny. Owszem, są naprawdę zabawne momenty, co w połączeniu ze świetnym dubbingiem, daje widzom dużo radości. Niestety twórcom wyraźnie zabrakło pomysłu na wypełnienie dziewięćdziesięciu minut porządną dawką humoru, przez co dosyć często jesteśmy raczeni żartami nie najwyższych lotów. Tok myślenia scenarzysty musiał wyglądać następująco: „Nie mamy pomysłu na zabawny dialog, więc rzućmy w kogoś końskimi odchodami, będzie śmiesznie”. Niestety nie jest.
7 krasnoludków – historia prawdziwa to film, który naprawdę trudno z czystym sercem polecić. Twórcy zmarnowali duży potencjał kryjący się w temacie i nawet jeśli momentami udało im się nas rozbawić, po chwili potrafili zepsuć dobre wrażenie jakimś niewybrednym żartem. Owszem, widz jest w stanie wybaczyć jedną, dwie takie wpadki, jednak w tej produkcji było ich zbyt wiele. Chcieli dobrze, wyszło niestety jak zawsze…
Ocena: 3/6
Wszystko zostaje w rodzinie
Puszczalska córka, rozczarowana żona, która postanawia poszukać pocieszenia w ramionach innego mężczyzny i syn-nieudacznik, którego starsi i więksi koledzy męczą w szkole – a wszystko to na głowie zakompleksionego i niespełnionego pastora na angielskiej prowincji. Pewnego dnia u jego drzwi pojawia się starsza kobieta, która od tej pory pracuje w rodzinie jako gosposia. Wydawało by się, że to cud, w końcu jest ona w stanie zrobić dla nich wszystko, naprawdę wszystko…
Anglicy są mistrzami czarnej komedii i zdecydowanie lubują się w tym gatunku, co potwierdza film Wszystko zostaje w rodzinie. Połączenie wątku miłości, która potrafi pchnąć człowieka do najgorszego, ze specyficznym, angielskim humorem i religią wyszło reżyserowi Niallowi Johnsonowi bardzo dobrze, dając film lekki i przyjemny w odbiorze. Prowadzi on całą historię bardzo sprawnie, nie siląc się na niepotrzebne dłużyzny oraz wysilony happy-end.
Jednak największą siła tej produkcji jest gra aktorska. Po pierwsze Rowan Atkinson, który stworzył postać zgoła odmienna od swoich wcześniejszych wizerunków – podłego księcia Edmunda z Czarnej żmii i największej niedorajdy na świecie – Jasia Fasoli. Sprawdza się w niej wyśmienicie. Bawi zarówno swoją nieporadnością, jak i moralizatorskimi kazaniami. W klimat filmu świetnie wkomponował się Patrick Swayze – grający bożyszcze kobiet, tym razem tych nieco starszych. Jednak prawdziwą perełką tej produkcji jest Maggie Smith, jako gosposia skrywająca mroczny sekret. Jej rola to istne mistrzostwo, jeśli chodzi o wpasowanie się w konwencję czarnej komedii.
Wszystko zostaje w rodzinie to bardzo ciekawy film o miłości. O miłości nieco innej, popychającej ludzi do strasznych rzeczy i jednocześnie usprawiedliwiającej je. Cała historia podana jest jednak w sposób bardzo przystępny, lekki i zabawny. Dla miłośników angielskiego humoru i czarnych komedii – pozycja obowiązkowa.
Ocena: 4,5/6
Ciasteczko
Pippa McGee (swoja drogą, fajne imię:)) – główna bohaterka filmu Ciasteczko – musi stawić czoła nie lada zadaniu – ma objąć stanowisko redaktorki naczelnej magazynu poświęconego ślubom i weselom. Byłaby to sytuacja do wybrnięcia, gdyby nie fakt, że Pippa jest zdecydowana przeciwniczką instytucji małżeństwa jako takiej, nie szuka partnera i cieszy się swoją niezależnością. Nowe stanowisko to tylko początek zmian w jej życiu. Wokół niej zacznie bowiem kręcić dwóch atrakcyjnych mężczyzn, a oczywiście niestety, Pippa będzie musiała zdecydować się na jednego.
Tak oto pokrótce przedstawia się fabuła Ciasteczka – filmu niezwykle pięknego, słodkiego, aż czasami mdłego. Jest to istna baśń, o miłości, wymarzonym księciu i stawianiu czoła przeciwnościom losu. I mimo, że nic nie mam do komedii romantycznych, ba, nawet je lubię, to Ciasteczko jest filmem po prostu mdłym, nudnym, mało zabawnym i mało romantycznym.
Najlepiej w całej produkcji wypadli aktorzy, choć scenarzysta nie dal im zbyt dużego pola do popisu. Heather Graham wygląda przecudnie, zaś jej ekranowi amanci – Taye Diggs i David Sutcliffe – wypadają naprawdę ciekawie i wiarygodnie na tle tej całej różowo-ślubno-przesłodzonej otoczki.
Ciasteczko jest wybitnie infantylną i nudną komedią romantyczną, której daleko do takich np. Gier weselnych, czy też Sztuki zrywania, żeby wymienić tylko ostatnie filmy z gatunku, które pozwalają na relaksacyjne spędzenie czasu w kinie. Jedyne co wywołuje to znużenie i ziewanie. Można sobie spokojnie darować.
Ocena: 1,5/6
Wszyscy jesteśmy Chrystusami
Ponieważ ostatnio mam trochę więcej czasu na różnego rodzaju przyjemności, w końcu mogę powrzucać na bloga krótkie oceny filmów, książek, które od dawna zalegają na moich półkach czekając na obejrzenie lub przeczytanie.
Tym razem padło na Wszyscy jesteśmy Chrystusami Marka Koterskiego – kolejny film o Adasiu Miarczyńskim. Po Dniu świra, który co by nie mówić był komedią, przerażającą w swoim przesłaniu ale jednak komedią, reżyser zaserwował nam obraz zgoła inny. Wszyscy jesteśmy Chrystusami to historia smutna, ściskająca za żołądek, wyciskająca łzy, wpływająca destrukcyjnie na psychikę człowieka.
Alkoholizm, rozłożony na czynniki pierwsze i ukazany bez zbędnych wygładzeń, taki jaki jest. Z przerażeniem uświadamiałem sobie nieraz, ze to nie jest żadna fikcja naukowa, że tacy ludzie żyją obok nas, w naszych domach, w sąsiednich klatkach. Wszystko ukazane jest oczywiście w typowy dla Koterskiego sposób, z lekkim rozbuchaniem formy, z oryginalnymi dialogami, zabiegi te jednak nie wpływają na oderwanie tego co widzimy na ekranie od rzeczywistości.
Koterski po raz kolejny ukazał bardzo smutny, lecz zarazem bardzo prawdziwy obraz części naszego społeczeństwa. Jest to naprawdę świetny, lecz zarazem bardzo ciężki w odbiorze film, po którym przez długi czas człowiek chodzi nieco przybity, przygaszony…
Ocena: 5,5/6
Plan doskonały
Uwielbiam filmy o złodziejach i oszustach. Napady na banki, konwoje, kradzieże różnego rodzaju klejnotów, czy tez zdobywanie pieniędzy w inny sposób za pomocą kłamstw i przekrętów – to w filmach naprawdę uwielbiam. Lubuję się zwłaszcza w obrazach ukazujących misterne przygotowywanie planu, liczne podchody pomiędzy złodziejami i ich ofiarą, zabawę w kotka i myszkę, gdy nie do końca wiadomo kto jest kim w tej zabawie. Plan doskonały dopisuję do listy z ulubionymi tego typu filmami, na której figurują już taki pozycje jak między innymi: Ocean’s Eleven, Oceans Twelve, Podwójny blef i Przekręt doskonały.
Opowieść jest dosyć prosta: dochodzi do napadu na bank. Pod wodzą Daltona grupka ludzi przejmuje nad nim kontrolę i bierze kilkudziesięciu klientów i pracowników na zakładników. Bank zostaje otoczony przez kordony policji pod dowództwem Keitha Fraziera. I zaczyna się zabawa.
Wielkim plusem filmu jest iście gwiazdorska obsada. Dezel Washington, Clive Owen, Jodie Foster i Willem Dafoe – tych nazwisk chyba nie musze nikomu przedstawiać. Na pierwszy plan wysuwają się głównie Owen i Washington, między którymi przebiega cała rozgrywka. Zwodzą się wzajemnie, przekonują, jednak widz tak naprawdę do końca nie wie, kto się z kim bawi, kto ma kogo w garści.
Twórcom filmu należą się brawa. Udało im się nakręcić bardzo dobry film, z ciekawą fabułą, nagłymi zwrotami akcji i świetnym zakończeniem. Wspomogli ich świetni aktorzy, którzy po raz kolejny pokazali klasę. Dzięki temu powstał naprawdę ciekawy i wciągający obraz, który polecam każdemu.
Ocena: 5/6
