Kumple na zabój
Zobaczyć Pierce’a Brosnana w innej roli niż Agenta Jej Królewskiej Mości to naprawdę dziwne uczucie. Świadomość, że nie padnie z jego ust zdanie „Bond, James Bond” jest jeszcze dziwniejsza. A jednak, w Kumplach na zabój wciela się on w postać Juliana Noble’a – płatnego zabójcy, a zarazem macho, podrywacza i żartownisia nie stroniącego od alkoholu. I co ciekawe, wychodzi mu to całkiem nieźle.
Właściwa fabuła rozpoczyna się od spotkania Juliana z Dannym Wrightem – biznesmenem, który zamierza zmienić swoje życie, składające się dotąd głównie z niepowodzeń. Chce tego dokonać z pomocą lukratywnego kontraktu. Jest to początek pięknej przyjaźni, która wpędzi naszych bohaterów w niezłe tarapaty.
Kumple na zabój to czarna komedia w starym dobrym stylu. Szablonowe spotkanie nieudacznika z postacią z zasady złą, daje twórcom możliwość ciekawego prowadzenia akcji, zmierzającego do metamorfozy Juliana. Fabuła jest ogólnie całkiem ciekawa, jednak główną siłą filmu są aktorzy. Greg Kinnear jako nieco pechowy biznesmen bawi, towarzysząca mu Hope Davis, grająca jego żonę, także trzyma poziom. Jednak prawdziwą gwiazda filmu jest Pierce Brosnan. Nie podejrzewałem tego aktora o taką vis comica, jaka prezentuje nam w Kumplach na zabój. Okazuje się, ze nominacja do Złotego Globu nie była przypadkiem.
Kumple na zabój to naprawdę porządny i ciekawy film. Jego siłą jest całkiem ciekawy scenariusz oraz świetna gra aktorska, na czele z Piercem Brosnanem. Polecam.
Ocena: 5/6
Przysięga
Przyczajony tygrys, ukryty smok, Hero, Dom Latających Sztyletów – to filmy produkcji chińskiej znane pewnie także wielu polskim widzom. Odniosły sukces w Europie i przybliżyły nam nieco dalekowschodnią kinematografię. Zachwycały wykonaniem, zdjęciami i pięknymi krajobrazami. Prezentowały również zupełnie nowe podejście do przedstawiania walki w tego typu produkcjach. Ich fabuła zazwyczaj obracała się wokół lojalności, honoru i miłości. Chińskim reżyserom udało się połączyć te składniki w taki sposób, że powstał obraz zupełnie nowy dla europejskiego widza. Wiele osób było zachwyconych, inni dopatrywali się głównie przerostu formy nad treścią. Sam należałem do tej pierwszej grupy i na kolejny tego typu film – Przysięgę – oczekiwałem z niecierpliwością.
Scenariusz filmu obraca się wokół księżniczki Qingcheng, która jako mała dziewczynka, szukająca jedzenia na pobojowisku między trupami żołnierzy, złożyła przysięgę, która na zawsze miała zmienić jej życie. Jako dziecka nie była do końca świadoma tego, na co się zgadza, jednak słowo się rzekło i w zamian za dostatnie życie musi ona zrezygnować z miłości bowiem każdy, kto ją pokocha, odejdzie od niej. Los odmieni się jedynie wtedy, gdy czas zacznie biec do tyłu, śnieg spadnie na wiosnę, a zmarli powrócą do świata żywych.
Fabuła jest całkiem ciekawa, jednak jak można było się spodziewać, stanowi ona jedynie tło dla prezentacji kunsztu choreografów, scenografów, operatorów i innych osób, odpowiedzialnych za wizualną stronę Przysięgi. Nie jestem zbytnio do takiego podejścia przekonany, bowiem nie lubię oglądać, jak to określa moja znajoma, „dwugodzinnych teledysków. Ponieważ wcześniejsze tego typu produkcje bardzo mi się podobały, postanowiłem dać i Przysiędze szansę, wszak za kamera stanął bardzo utalentowany reżyser Chen Kaige, mogłem więc liczyć, że historia nie będzie dla niego sprawą do końca drugorzędną.
Srodze się niestety rozczarowałem, bowiem, nawet jeśli film oparty został faktycznie na chińskich baśniach i legendach, to trudno oprzeć się wrażeniu, że reżyser nie wiedział za bardzo za jaki wątek się złapać, co uwypuklić, a co pominąć. Otrzymaliśmy zatem ciężkostrawną mieszankę honoru, miłości i lojalności, której zrozumienie dodatkowo utrudnia odmienne od naszego podejście do pewnych wartości w kulturze Dalekiego Wschodu.
Liczyłem mimo wszystko, że przynajmniej od strony wizualnej Przysięga, podobnie jak inne, wymienione przeze mnie wcześniej produkcje wuxia, okaże się majstersztykiem. Dałoby to przynajmniej możliwość nacieszyć zmysł wzroku i nieco zignorować fabularną miałkość filmu. Niestety, jest „zaledwie” bardzo dobrze. Owszem, krajobrazy są prześliczne, zdjęcia cudowne, charakteryzacja i stroje, piękne, jednak kilkakrotnie nasze oczy rażone są strasznie nieudolnymi efektami specjalnymi. Trudno uwierzyć, że w produkcji, której budżet wyniósł 35 milionów dolarów, spotykamy się z tak słabą animacją komputerową.
Jedyne, do czego nie można mieć żadnych zastrzeżeń, to muzyka. Świetne melodie, idealnie wkomponowujące się w to, co widzimy na ekranie – niekiedy cicho brzmią w tle, by za chwilę uderzyć w nas z całą swoją mocą. Muzyka miała szansę wzmacniać klimat filmu, szkoda tylko, że nie bardzo miała, co wzmacniać.
Przysięga jest chyba jednak najsłabszym przedstawicielem kina wuxia, który w ostatnim czasie trafił do naszych kin. Spadek formy w dziedzinie scenariusza u chińskich twórców widać już było przy okazji Domu Latających Sztyletów, jednak tam jeszcze zdołano zamaskować pewne jego braki porażającą wręcz oprawą wizualną. W Przysiędze niestety strona techniczna także nieco szwankuje, co w połączeniu z praktycznym brakiem opowiadanej historii, daje film najwyżej średni, przeznaczony tylko dla miłośników gatunku. Reszta raczej będzie srodze zawiedziona.
Ocena: 3/6
Gry weselne
Kiedy pierwszy raz ujrzałem zwiastun filmu Gry weselne, wiedziałem że będzie to obraz lekki, łatwy i przyjemny, jednak równocześnie byłem przekonany, że go obejrzę. Uwielbiam chodzić na wszelakie komedie romantyczne, wraz z drugą połową mojej dwuosobowej loży szyderców. Ileż radości, zupełnie jednak innej niż zamierzali zaserwować nam twórcy, dostarczyły nam m.in. takie filmy, jak Ja Wam pokażę czy też ostatnio Ciasteczko. Jednak Gry weselne pozostawiły we mnie zupełnie inne wrażenie.
Jest to opowieść o miłości homoseksualnej, miłości dwóch kobiet, ukazanej jednak zgoła inaczej niż w dramacie Tajemnica Brokeback Mountain. W Grach weselnych mamy dużo ciepła, szczęścia, humoru, lecz także trochę smutku, jednak ogólnie cały film ma bardzo optymistyczny wydźwięk. Prawdziwą ozdobą obrazu są dwie zakochane, a przy tym niezwykle piękne, kobiety – Lena Headey i Piper Perabo. Co ważne, ich sercowe perypetie ogląda się z autentycznym zaciekawieniem, a przy tym – co odbieram jako zaletę – nie jesteśmy zbyt przytłaczani poważnymi problemami, jakie napotykają nasze bohaterki.
Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że Gry weselne to kolejna ckliwa komedyjka z miłością, tym razem nieco inną, w tle, jednak Ol Parker przedstawia nam po postu pozytywny obraz uczucia dwojga ludzi, bez zbędnych przesłodzeń. Wszystko to bez ambicji poruszenia naszych umysłów, zaś z ambicjami zapewnienia nam dobrej zabawy, co się moim zdaniem, znakomicie udało.
Ocena: 5/6
