Prognoza na życie
Czy myśleliście kiedyś o pracy pogodynki? Ja, przyznaję się bez bicia, nie. Nigdy nie zastanawiałem się jakie wymogi stawiane są ludziom machającym rękami przed planszą z chmurkami, słoneczkami i innymi tego typu symbolami. Nigdy też nie myślałem o zarobkach ludzi pracujących w tej, nazwijmy to, branży. Czyli ogólnie zawód prezentera pogody był mi całkowicie obojętny. I tak się zdarzyło, że obejrzałem film opowiadający o właśnie takiej osobie…
Dave Spritz jest prezenterem pogody w jednej z chicagowskich stacji. Sama praca, mimo tego, że wydaje mi się straszliwie nudna, jest dla niego pasmem sukcesów. Również wynagrodzenie – bagatela 240 tysięcy dolarów rocznie – nie należy do małych. Idylla, wydawałoby się, w końcu za dosyć niewielki wkład pracy gość zgrania naprawdę konkretną kasę, jest rozpoznawany na ulicy. Słowem – cudo. Nie do końca. Otóż jakiś czas temu rozwiódł się on z żoną, jego córka ma nadwagę, jest pośmiewiskiem w szkole i pali, jego syn za to ma problemy z marihuaną i ze swoim opiekunem z terapii. Zaś ojciec głównego bohatera jest śmiertelnie chory. Na domiar złego dosyć często zdarza się, że Dave zostanie obrzucony różnego rodzaju fast-foodami na ulicy, co na pewno nie wpływa zbyt dobrze na jego samoocenę. Dodatkowo ma on ogólnie sporo problemów z samym sobą. Czyli zbyt różowo nie jest. I oto nagle otrzymuje szansę wyjechania do Nowego Jorku, aby tam, w programie Hello America mówić, a jakże, o pogodzie, za kwotę 1,2 miliona dolarów rocznie (sic!). Wydaje się, że jest to szansa na odwrócenie losu, najpierw jednak trzeba uporządkować swoje życie prywatne, a to, jak można się spodziewać, zbyt proste nie będzie.
Reżyserem filmu jest Gore Verbinski, twórca Piratów z Karaibów. Jednak tym razem nie przyjdzie nam oglądać morskich bitew, pojedynków i bander z trupią czaszką. Prognoza na życie jest opowieścią bardzo stonowaną, opowiedzianą nad wyraz spokojnie, jednak, co ważne, ciekawie. Reżyser pozwala życiu głównego bohatera biec własnym tempem, nie pogania, daje historii się rozwinąć i koncentruje się głównie na relacjach bohatera z rodziną i samym sobą. Nie mamy tu ckliwych scenek, patetycznych dialogów i głupawych intryg. Tylko ludzkie życie, ukazane w całej okazałości.
W roli sfrustrowanego otaczającą go rzeczywistością, a jednak starającego się coś zmienić, prezentera pogody, widzimy Nicolasa Cage’a, który idealnie pasuje do odgrywanej przez siebie postaci i tak naprawdę nadaje filmowi ton. Jego zrezygnowany, smutny wzrok idealnie oddaje nastrój, w jakim jest Dave. Wymuszone uśmiechy, frustracja, zrezygnowanie – to wszystko wygląda bardzo przekonywująco.
Jednym z największych atutów tej produkcji jest muzyka. Delikatne, spokojne melodie idealnie wpasowują się w nastrój całego filmu, dodatkowo go wzmacniając. Z każdego dźwięku jaki słyszymy przebija autentyczna frustracja i zrezygnowanie, któe towarzyszą głównemu bohaterowi przez niemal cały czas trwania filmu.
Gore Verbinski nakręcił naprawdę bardzo dobry film. Znany głównie dzięki Piratom z Karaibów reżyser, tym razem nakręcił coś w stylu American Beauty. Może nie wyszedł mu film tak genialny, jak dzieło Sama Mendesa, jednak z pełną odpowiedzialnością polecam Prognozę na życie wszystkim miłośnikom dobrego kina. Niby film o pogodzie, a taki życiowy…
Ocena: 4,5/6
Skazany na bluesa
Był jednym z wielu skazanych na bluesa
Ten wyrok dodawał mu sił
W ostatnim czasie tak się złożyło, że obejrzałem dwa filmy poświęcone życiu dwóch wielkich muzyków: Spacer po linie o Johnnym Casu i Skazany na Bluesa o Ryszardzie Riedlu, wokaliście zespołu Dżem. Siłą rzeczy porównywałem obie te produkcje i niestety wynik konfrontacji wypada zdecydowanie na korzyść biografii gwiazdy country. Co nie znaczy jednak, że Skazany na bluesa jest filmem słabym…
Ryszard Riedel, określany przez niektórych mianem ostatniego hippisa naszych czasów. Genialny wokalista zespołu Dżem, twórca niezliczonej liczby utworów. Piosenkarz o niezwykłej, elektryzującej barwie głosu. Zmarł w wieku 37 lat na niewydolność serca, będącą skutkiem długotrwałego uzależnienia od heroiny. Jego utwory do dzisiaj inspirują młodych ludzi, jego teksty do dzisiaj są aktualne.
Zmierzenie się z legendą Riedla było z założenia rzeczą bardzo trudną. Przedstawienie tak kontrowersyjnej i niejednoznacznej postaci wydawało się niemożliwe i trzeba przyznać, że reżyser nie do końca podołał wyzwaniu. Ale po kolei…
Początek Skazanego na bluesa utrzymany jest w konwencji lekko komediowej. Młodość, pierwsze koncerty, wielka miłość, ślub, a wszystko to doprawione sosem PRLu, z którego reżyser wydaje się jawnie kpić. Potem szybko przeskakujemy przez lata 80., by mocniej skoncentrować się na ostatnich latach życia artysty. Zmienia się nastrój, dramaturgia rośnie, widzimy nierówną walkę Riedla z nałogiem, widzimy go wiecznie zaćpanego, wiemy, że koniec się zbliża. Cały czas towarzyszy nam indiańska symbolika, tak ważna dla twórcy oraz wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa.
W to wszystko wpleciona jest bardzo sprawnie muzyka. Znane zapewne wszystkim utwory idealnie obrazują kolejne etapy życia genialnego twórcy. Słyszymy takie kawałki, jak: Czerwony jak cegła, List do M., Whisky, Sen o Victorii. I to właśnie chyba muzyka tworzy najpełniejszy obraz Ryszarda Riedla. To ona go najlepiej wyraża.
Bo Riedel tak naprawdę jest małym dzieckiem, człowiekiem nieprzystosowanym do rzeczywistości, żyjącym marzeniami o wolności, której nigdy nie osiągnie. Ucieczką od szarej rzeczywistości jest dla niego muzyka… i narkotyki.
Jak Kidawa-Błoński nakręcił naprawdę niezły film. Szkoda tylko, że momentami zabrakło mu konsekwencji w jego realizacji i niepotrzebnie wytrąca widza z rytmu zbyt częstymi wstawkami “indiańskimi” i nazbyt wyidealizowanymi wspomnieniami z dzieciństwa. Faktem jest jednak, że wiele razy udaje mu się chwycić odbiorcę za serce. Mnie osobiście strasznie wzruszyła scena, gdy totalnie zaćpany Riedel stara się za wszelką cenę zaśpiewać List do M.. I śpiewa. Jest to piękne i przerażające zarazem, jednak genialnie ukazuje, że muzyka była dla wokalisty Dżemu najważniejsza. Szkoda, że cały film nie jest tak wyrazisty jak ta scena, mimo wszystko polecam go Wam. W polskim kinie mało jest produkcji muzycznych, a Skazany na bluesa jest całkiem sprawnym nawiązaniem do gatunku…
Ocena: 3,5/6
Czterej bracia
Pani Mercer pracuje w instytucji przydzielającej dzieci do adopcji. Sama, dawno temu, zaopiekowała się czterema łobuziakami, których nie chciała wziąć żadna rodzina. Pewnego dnia, zostaje zamordowana podczas napadu na sklep. Czterej przybrani bracia, teraz już dorośli, spotykają się na pogrzebie matki. Szybko jednak smutek i żałoba ustępują chęci zemsty…
John Singleton, od swojego reżyserskiego debiutu w 1991 roku – Chłopaków z sąsiedztwa – nie nakręcił żadnego dobrego filmu. Aż do teraz. Czterej bracia może nie są genialnym obrazem, jednak z pewnością spełniają większość wymagań, jakie stawia się filmom akcji.
Z fabułą nie jest najgorzej. Zaczyna się naprawdę ciekawie. Śledztwo dotyczące śmierci pani Mercer, wpływa na odkrycie licznych powiązań pomiędzy przestępcami i policjantami w Detroit. Szkoda tylko, że “dochodzenie” prowadzone przez czterech braci przez pierwszą połowę filmu opiera się głównie na obijaniu przestępczych buziek, tudzież strzelania do nich i rozwalania ich samochodów. Później jest jednak lepiej, w miarę jak nasi bohaterowie zadzierają z coraz to grubszymi rybami, akcja nabiera tempa.
Od strony technicznej Czterej bracia prezentują się naprawdę dobrze. Praca kamery jest przemyślana i pasuje do konwencji filmu. Muzyka idealnie wręcz wpasowuje się w to co widzimy na ekranie. W głośnikach słyszymy głownie starsze, momentami bluesowe, kawałki.
W filmie drażniły mnie głownie dwie rzeczy. Po pierwsze fabuła ma jednak pewne niedociągnięcia. Denerwuje przede wszystkim fakt, iż wszelkie bójki i strzelaniny uchodzą bohaterom na sucho, policja wydaje się w ogóle tym nie interesować, mimo iż momentami trup ściele się gęsto. Drugą rzeczą, która nie do końca przypadła mi do gustu, były wizje ducha zmarłej tragicznie pani Mercer, które miewają bracia.
Ogólnie jednak jest naprawdę dobrze. Wymienione przeze mnie błędy nie rażą, zaś klimat filmu naprawdę przypadł mi do gustu. Dodajmy do niego porządną realizację i oto mamy ciekawy film akcji, idealny na wolny wieczór po ciężkim dniu.
Ocena: 4/6
Przekładaniec
Mam u siebie na dysku plik tekstowy o nazwie “do obejrzenia”. Zawiera on tytuły filmów, które albo przegapiłem, albo nie zdążyłem zobaczyć, kiedy były w kinach, a chciałbym jednak się z nimi zapoznać. Powoli ta lista się zmniejsza, w miarę tego, jak mam czas wolny, żeby skoczyć do wypożyczalni i zdobyć którąś z pozycji mojego spisu. Postaram się co jakiś czas pisać o takich ciekawych, lecz nie najnowszych filmach. Dzisiaj padło na Layer Cake.
Główny bohater filmu jest sprawnie działającym i nieźle prosperującym dilerem narkotykowym. Przestrzega on kilku prostych reguł, dzięki którym jak dotąd udało mu się uniknąć kłopotów. Wszystko zaczyna się komplikować, kiedy chce odejść, zrezygnować z dotychczasowej działalności. Jego ostatnim zleceniem ma być negocjacja transakcji na milion pigułek ecstasy. Dodatkowo szef prosi go o odnalezienie córki swego przyjaciela…
Film pierwotnie miał zrealizować Guy Ritchie, reżyser świetnych Porachunków i Przekrętu. Zrezygnował jednak, a jego miejsce zajął bliski współpracownik Brytyjczyka – Matthew Vaughn. Klimat jest jednak bardzo podobny. Cyniczni gangsterzy, niezwykłe zwroty akcji, nawet praca kamery przywodzi na myśl znakomity Przekręt. Postaci są ciekawie nakreślone, dialogi naprawdę dobre, a fabuła trzyma w napięciu praktycznie przez cały film.
Niewątpliwie jednym z największych atutów Przekładańca jest muzyka. Świetnie wkomponowana w akcję naprawdę idealnie wzmacnia klimat filmu.
Przekładaniec nie jest na pewno kinem ambitnym, jednak potrafi dostarczyć świetnej rozrywki na wolny wieczór. Fani Porachunków i Przekrętu będą się czuli jak u siebie, inni także nie powinni czuć się zawiedzeni. Jest to naprawdę kawał dobrego kina rozrywkowego. Polecam.
Ocena: 5/6
Jan Paweł II
Po śmierci papieża byliśmy wręcz zasypywani związanymi z nim produktami: kalendarzami, książkami, albumami, biografiami, zdjęciami itp. Rozpoczęto także prace nad kilkoma produkcjami filmowymi, poświęconymi losom Karola Wojtyły.
Jedną z nich jest Jan Paweł II, produkcja amerykańsko-polsko-włoska, w reżyserii Johna Kenta Harrisona. Niestety po raz kolejny zrobiono o wielkim człowieku słaby film…
Akcja rozpoczyna się od zamachu na życie papieża w 1981 roku. Następnie cofamy się do lat młodości Karola Wojtyły i chronologicznie obserwujemy jego dzieje.
Pierwszą niewątpliwą wadą filmu jest strasznie wyrywkowe potraktowanie losów papieża, które się ze sobą nie łączą. Sprawia to, ze postać Karola Wojtyły wydaje nam się zupełnie obca, widz nie jest w stanie jej polubić, jakkolwiek się do niej przywiązać.
Co jeszcze razi w oczy to pełne patosu, wzniosłe przemówienia, slogany, wygłaszane przez wszystkie postacie w filmie. O ile jeszcze byłoby to do zrozumienia podczas rozmów kardynałów, czy podczas konklawe, o tyle tego typu ton podczas konwersacji młodych ludzi po prostu razi.
O grze aktorskiej nie da się wiele powiedzieć, w końcu nawet najlepszy aktor nie może wnieść zbyt wiele do strasznie sztucznych dialogów i sytuacji. Szkoda, bo Jon Voight to naprawdę dobry aktor, który mógłby nadać trochę autentyzmu i człowieczeństwa postaci Ojca Świętego.
W filmie o wielkim człowieku zabrakło właśnie człowieka…
Ocena: 2/6
