Przeklęta
Wesa Cravena fani horrorów muszą kojarzyć. Twórca, który wpłynął znacząco na rozwój gatunku, ostatnio stał się rozpoznawalny głównie dzięki serii strasznych filmów o nastolatkach – Krzyk. Opowieść o psychopatycznym mordercy, który dzwonił do swoich przyszłych ofiar, ściągnęła do kin rzesze lubiących się bać widzów. Tym razem znany reżyser opowiada nam zgoła inną historię, bardziej fantastyczną, w swoim najnowszym obrazie – Przeklęta.
Ellie i Jimmy – rodzeństwo, które niedawno straciło rodziców, wraca nocą do domu. Nagle coś wyskakuje z ciemności na samochód, którym jechali. Ten wjeżdża w drugie auto i spycha je do wąwozu. Nikomu nic się nie stało, jednak młoda kobieta kierująca uderzonym samochodem zostaje porwana przez dziką bestię w momencie, gdy rodzeństwo próbuje wyswobodzić ją z pasów bezpieczeństwa. Jak się okaże, ugryzienia tajemniczego stwora (szybko dowiadujemy się, że był to wilkołak) wpływają także na dwójkę głównych bohaterów, którzy zaczynają się zmieniać…
Pomysł wydawałoby się nawet ciekawy, jednak realizacja przerosła moja najśmielsze oczekiwania, niestety w negatywnym znaczeniu. Po pierwsze: film jest swoistą kumulacją idiotycznych i nielogicznych zdarzeń. Wierzcie mi, że takiej dawki głupoty nie przełknąłby najwytrwalszy masochista, zaś zwyczajnego widza może ona przyprawić o palpitacje serca. I rozumiem, że od tego typu produkcji nie powinno się wymagać zbyt realistycznego i racjonalnego podejścia do tematu, aczkolwiek pewna sensowność jest wymagana. Oczywiście bohaterowie, jako przedstawiciele młodego pokolenia Amerykanów, muszą zachowywać się jak skończeni idioci, którzy własne życie mają w głębokim poważaniu.
Co ciekawsze, najnowszy obraz Wesa Cravena jest reklamowany jako horror, a strachu w nim tyle co kot napłakał. Owszem, zdarza się, że kilka razy widz poruszy się niespokojnie w fotelu, jednak jest to wywoływane dobrze znanymi i oklepanymi metodami. Nagłe pojawienie się kogoś, huk, hałas – wszystko to już było. Brakuje w Przeklętej napięcia. Co gorsza, częściej od strachu towarzyszy nam… śmiech. Nie sądzę by było to zamierzeniem autorów, jednak udało im się to momentami całkiem nieźle. Zapewniam Was, ze widok wilkołaka chodzącego po ścianach i suficie niczym Spider-Man, bądź też zdenerwowanej bestii pokazującej środkowy palec w odpowiedzi na zarzuty, co do jej kościstego tyłka i grubych ud, potrafi wywołać uśmiech na twarzy. Niestety, jako że widz oczekiwał raczej innego klimatu, nie wiadomo czy raczej w takich momentach nie zapłakać.
Od strony audio-wizualnej także nie jest najlepiej. Muzyka niby gra w tle, czasami wysuwa się nawet na pierwszy plan, jednak różnego rodzaju rockowe aranżacje nie wpadają w ucho, a momentami po prostu drażnią. Efekty specjalne również nie są najwyższych lotów, wilkołaki wyglądają śmiesznie, a ukazanie przemiany człowieka w bestię stoi na poziomie niskobudżetowej produkcji afgańskiej.
Wes Craven wyraźnie stracił formę. Nakręcił film bardzo słaby, przewidywalny i pełen nielogiczności, czy wręcz idiotyzmów, których najwytrwalsi fani gatunku nie przełkną. Co gorsza, minął się z konwencją i zamiast dreszczowca wyszła mu komedia z elementami (bardzo rzadkimi) grozy. Na dodatek komedia dosyć średnia. Dodajmy do tego beznadziejny i nudny happy-end, niemal żywcem wyjęty z komedii romantycznej i otrzymujemy pełen obraz nędzy i rozpaczy, jaki zaserwowali nam twórcy Przeklętej. „What doesn’t kill you, makes you stronger” – takim hasłem był promowany film. I mimo, że mnie nie zabił, mocniejszy się jednak nie czuję, raczej zniesmaczony i zawiedziony…
Ocena: 1,5/6
