Ruchome Obrazki

nieregularnik filmowy

Marley i Ja

Nigdy bym się nie spodziewał, że do ponownego napisania czegokolwiek zmotywuje mnie film pokroju Marley i Ja. Ot, komedia romantyczna z Owenem Wilsonem (Polowanie na druchny) i Jennifer Aniston (Przyjaciele) w rolach głównych. No i oczywiście z psem. I to nie byle jakim psem, bo tytułowy Marley jest, jak określają go właściciele, “najgorszym psem na świecie”. Mają wiele racji, bo rzadko spotyka się zwierzę (podobno jest to labrador), które potrafi zjeść pół domu, narobić szkód niczym mały huragan, ganiać za pudlami przez pół dnia i na dodatek zjeść karmę ważącą więcej niż on sam.

Marley trafia do rodziny Groganów w wyniku przebiegłego planu Johna, który obawiając się instynktu macierzyńskiego rozwijającego się u jego małżonki, za radą przyjaciela, skądinąd podrywacza i kawalera a jakże (w końcu to oni są najlepszymi doradcami w sprawach związków), postanawia kupić swojej ładniejszej połowie psa. Opieka nad nim powinna, przynajmniej teoretycznie, zająć małżonkę na jakiś czas i odsunąć jej myśli od planowania potomstwa.

Pomysł na film banalny, wydaje się że wszystko jest jasne od samego początku, jednak im bliżej końca, z pozornie banalnej komedii romantycznej z lekkim zabarwieniem zwierzęcym, film przeistacza się w dojrzałą i ciepłą opowieść o miłości, zaufaniu, przyjaźni. Przyznam, że byłem mocno zaskoczony, że ostatnie minuty Marley i Ja potrafiły zapewnić tak dużą dawkę emocji i to podanych w ciekawy, niebanalny sposób.

Jest to idealny film na wieczór po ciężkim dniu w pracy. Można się pośmiać, można się wzruszyć, czas szybko mija, czego chcieć więcej?

Ocena: 5/6

kwiecień 21, 2009 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | No Comments Yet

007 Quantum of Solace

Poprzedni obraz z przygodami Jamesa Bonda zdecydowanie zerwał z dotychczasową formułą filmów o najsłynniejszym agencie brytyjskiej MI6. Znanego nam dobrze gentelmana, z nienaganną fryzura i idealnie wyprasowanym garniturem w każdej sytuacji, zastąpił męski, nie wspomagający się gadżetami, odnoszący prawdziwe obrażenia, ale nadal otaczający się pięknymi samochodami i równie pięknymi kobietami, zabijaka. W Quantum od Solace reżyser idzie jeszcze dalej, niestety pozbawiając film nieco fabuły, a koncentrując się na pościgach, mordobiciach i strzelaninach.

Walka z tajną, przestępczą organizacją tym razem miesza się z żądzą osobistej zemsty za śmierć Vesper. Na czele „złych” stoi Dominic Greene (w tej roli Mathieu Amalric znany szerszej widowni z filmu Motyl i skafander). Nie jest jednak to postać tak wyrazista, jak choćby Le Chiffre, mniej przekonująca i bardziej przypominająca biznesmena niż człowieka opętanego pragnieniem władzy. Fakt faktem, to cała organizacja przypomina sprawnie działającą korporację, która używając swoich wpływów politycznych dąży po trupach do celu.

Złych, wyrazistych postaci jest niestety ogólnie jak na lekarstwo. Co zatem z kobietami, jakże istotnymi w całej serii przygód 007? Olga Kurlyenko jako Camille oprócz tego, że ładnie wygląda nie daje widzowi nic, nie wzbudza zainteresowania, jest po prostu nijaka. Światełkiem w tunelu jest Gemma Arterton w roli ognistowłosej agentki Strawberry Fields, kobieca, pełna wdzięku, pociągająca i elokwentna, niestety nie jest dane nam, widzom, zbyt długo nacieszyć się jej widokiem.

Prawdziwe wrażenie robią wszelkie sekwencje pościgów i bijatyk. Rezygnacja z gadżetów, będących do niedawna domeną 007, zadziałała zdecydowanie na plus filmu. Oprócz mnóstwa akrobatycznych wyczynów walczących postaci, walki zyskały na autentyczności. Momentami można poczuć pot i krew. Najlepsze są jednak sceny pościgów. Rewelacyjnie zmontowane, pokazują nam ogrom wyobraźni twórców, którzy zdaje się za zadanie postawili sobie zniszczenie jak największej liczby jak najlepszych samochodów, demolując przy tym połowę okolicznych budynków. Pod tym względem film ogląda się z przyjemnością.

Po seansie zostaje jednak niedosyt. Rozumiem zmianę konwencji filmu o Bondzie, Casino Royale w tym przypadku miło mnie zaskoczyło, jednak wydaje mi się, że w Quantum of Solace reżyser poszedł za daleko i gdyby nie 007 mógłby to być każdy inny film akcji. Dobrze zrealizowany, ale nie prezentujący sobą niczego więcej. Zdaję sobie sprawę, że to druga część „trylogii zemsty”, a  drugie części mają to do siebie że są słabsze (choć nie jest to regułą) i na pewno pójdę na zamknięcie serii do kina, jednak muszę przyznać, że wyszedłem z kina nieco wstrząśnięty i nieco zmieszany, czując lekki niedosyt.

Ocena: 4/6

listopad 18, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | No Comments Yet

XXY

Jest wiele pytań, na które ciężko udzielić nam odpowiedzi. Często nie potrafimy na przykład wskazać ulubionego wykonawcy, filmu, piosenkarza. Są to jednak kwestie na tyle błahe, że brak jednoznacznej odpowiedzi nie przeraża nas, nie jest dla nas czymś strasznym. Co jednak, jeśli nie potrafimy jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o naszą płeć?

Z terminem hermafrodytyzm spotkałem się wcześniej, jednak dopiero obejrzenie filmu XXY Lucii Penezo pchnęło mnie do pogłębienia swojej wiedzy w tej dziedzinie. Obojnactwo jest dla nas czymś zupełnie abstrakcyjnym, trudno nam uwierzyć że pewien odsetek ludzi ma faktycznie narządy płciowe męski i żeńskie. Płeć nie wiąże się jedynie z ograniczeniami fizycznymi, czy też fizycznymi różnicami. Kobiety i mężczyźni są traktowani inaczej przez społeczeństwo, ocenia się ich nieco innymi kategoriami i nie oszukujmy się, inne rzeczy „przystoją” kobiecie, a inne mężczyźnie.

Główną bohaterką/em filmu XXY jest Alex. Alex jest hermafrodytą. Jej/jego rodzice, zwłaszcza jej/jego matka, starają się jednak poprowadzić ją/jego ścieżką kobiety, podając jej/jemu na przykład lekarstwa zapobiegające rozwojowi męskich cech. Dziewczyna(?) w końcu jednak postanawia walczyć o swoją tożsamość, o to kim jest, a przynajmniej kim chce być.

Wiele zmienia w jej/jego życiu przyjazd doktora, który ma ocenić szansę przeprowadzenia operacji zmiany płci. Jego syn, z ciągle narzucanymi mu wymaganiami dotyczącymi tego jaki powinien być mężczyzna, wychowywany w kulturze macho, także szuka swojej własnej tożsamości i seksualności. Spotkanie tych dwóch postaci będzie dla obu brzemienne w skutkach, jednak nie oszukujmy się, nie rozwiąże ich problemów, jedynie wskaże kierunek.

Film nie epatuje na szczęście dosłownością, nie stara się porazić widza obrazowym przedstawieniem omawianych problemów. Wszystko jest ukazane nie do końca dosłownie. Na szczęście brak uproszczeń, świetny scenariusz i wzorcowe potraktowanie temtyki sprawia, że dosłowność nie jest potrzebna. Film i tak porusza.

XXY został desygnowany przez Argentynę do walki o Oskary, niestety nie udało mu się przebić do finałowej piątki, która będzie walczyć o nagrodę. Nie zmienia to jednak faktu, że obraz ten naprawdę warto zobaczyć. Nie jest to tania sensacja, żerowanie na cudzym nieszczęściu i celowe wzbudzanie kontrowersji. Jest to spokojna opowieść o ludziach i przeciwieństwach jakim muszą stawiać czoła walcząc o samych siebie.

Ocena: 5/6

luty 3, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | No Comments Yet

Złoty kompas

Nie wiem czy wiecie, ale nasz świat nie jest jedynym istniejącym. Obok niego, równolegle, istnieją inne. W naszym dusza jest częścią człowieka, jest dla niego niewidoczna, ale wiemy, że jest. W innych dusze towarzyszą swoim właścicielom pod postacią zwierząt – tak zwanych dajmonów. W takim właśnie świecie żyje Lyra. Młoda Lyra, której rodzice zginęli gdy była mała, uczęszcza do oksfordzkiego kolegium. Jej życie płynie raczej spokojnie, do momentu aż jej przyjaciel Roger nie zostaje porwany. Wtedy dziewczynka wyrusza na spotkanie z przygodą, a podczas te j podróży przeżyje wiele przygód.

Złoty kompas jest ekranizacją pierwszej książki z serii Mroczne Materie Phillipa Pullmana – Zorzy północnej. Za kamerą stanął Chris Weitz, reżyser m.in. takich filmów jak W doborowym towarzystwie i Był sobie chłopiec i jego zadaniem było przenieść na ekrany kin powieść stawianą obok twórczości Tolkiena i Lewisa, jeżeli chodzi o literaturę fantastyczną, jak i literaturę która pod przykryciem baśniowych opowieści, niesie ważne treści, zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.

Z jednej strony wyszedł z tego zadania obronną ręką – udało mu się uzyskać baśniowy klimat, film został zrealizowany znakomicie, a efekty specjalne zapierają dech w piersiach. Niestety, z treści przeznaczonych dla widzów dojrzalszych, nie pozostało zbyt wiele, można nawet powiedzieć, ze nic. Dlatego osoby, które zachwycały się twórczością Pullmana, mogą poczuć się rozczarowane. Młodszy widz będzie jednak w pełni usatysfakcjonowany.

Pancerne niedźwiedzie polarne, cyganie, wiedźmy, dajmony czy też sprawujące kontrolę nad światem Magisterium tworzą razem barwną plejadę postaci, których poczynania śledzi się z zainteresowaniem. Ciekawa mieszanka baśni i podań o średniowiecznym Londynie dodaje filmowi kolorytu. Do tego obsada aktorska – Nicole Kidman i Daniel Craig, świetni, niestety trochę zmarginalizowani.

Złoty kompas jest przede wszystkim lekkim, łatwym i przyjemnym filmem. Fani pierwowzoru mogą być zawiedzeni, nie można jednak powiedzieć, ze reżyserowi nie udało się uzyskać baśniowego nastroju w swojej produkcji. Na film ten należy iść bez wielkich wymagań, nie oczekując nazbyt ambitnej fantastyki, wtedy można z duża przyjemnością śledzić poczynania Lyry i jej sprzymierzeńców.

Ocena: 4,5/6

luty 2, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | Komentarzy: 2

Film o pszczołach

Pszczoły ogólnie nie powinny latać. Mają za duże ciało, za małe skrzydełka i wznoszenie się w powietrze, ba, manewrowanie w nim, w przypadku pszczół nie powinno mieć miejsca. Tak uważają naukowcy. Pszczoły natomiast nic sobie z tego nie robią i wesoło pobzykując zapylają kwiaty, zbierają nektar, produkują miód. Miód to wszystko co mają, powiem więcej, miód to one. Co jeśli okaże się, że ludzie, niecnie więżąc pszczoły i zmuszając je do pracy, a następnie otumaniając dymem, korzystają z ich dzieła? Stanie się rzecz oczywista: pszczoły wytoczą ludziom proces.

Tak, pokrótce. przedstawia się fabuła nowej animacji ze studia DreamWorks. Głównym bohaterem jest Barry B. Benson. Właśnie zakończył on trwające całe trzy dni studia i znalazł się w punkcie, kiedy musi wybrać sobie pracę i wykonywać ją… aż do śmierci. Nie do końca się to mu podoba, dlatego gdy nadarza się okazja wylatuje wraz z grupą zbieraczy poza ul, po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Tam ma bliskie spotkanie z piłką do tenisa i w sumie to zdarzenie rozpoczyna okres pełen przygód, miedzy innymi to o czym pisałem w pierwszym akapicie. Nie będę zdradzał Wam więcej szczegółów, dodam tylko, że nasz bohater zakocha się i to nie w przedstawicielce swojego gatunku.

Co najbardziej zwraca uwagę w filmie to fakt, iż świat pszczół został stworzony na wzór świata ludzkiego, oczywiście z humorem i polotem. Szkoda byłoby zepsuć Wam zabawę w odkrywanie tego typu „smaczków”, a jest ich wiele, jak na przykład dobrze nam znany komputerowy pasjans z kartami w kształcie plastrów miodu.

Duży plus należy się twórcom za wykonanie wizualne filmu. Pełen kolorów, świetnie animowany. Na szczęście nie starano się idealnie odwzorować rzeczywistości, przez co zachowano bajkowy charakter. Świetnie przemyślano także dialogi i żarty. Nie raz przyjdzie nam zanosić się śmiechem podczas seansu z powodu ciętych ripost Barry’ego.

Film o pszczołach to jedna z lepszych produkcji animowanych ostatnich czasów. Ciekawy scenariusz, mnóstwo gagów, genialne przedstawienie pszczelego świata, bardzo dobre wykonanie, to wszystko składa się na film naprawdę warty obejrzenia. Polecam.

Ocena: 5/6

styczeń 30, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | No Comments Yet

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni to moim skromnym zdaniem największy przegrany oskarowych nominacji. Szczerze mówiąc nigdy bym nie przypuszczał że genialny obraz Cristiana Mungiu zostanie wyprzedzony przez chociażby zwyczajnie średni Katyń Andrzeja Wajdy. Niezbadane i niezrozumiałe czasami są wyroki Akademii Filmowej, proponuję nie zważać na nie i film, o którym traktuje ta recenzja, koniecznie obejrzeć.

Rzecz dzieje się w Rumunii u schyłku komunizmu. Jedna ze studentek postanawia poddać się zabiegowi nielegalnej aborcji, a jej przyjaciółka zamierza jej w tym pomóc. Film koncentruje się na dwóch zgoła różnych dramatach ludzkich. Pierwszy dotyczy jednostki, czyli nieszczęsnej dziewczyny, która „zaliczyła wpadkę” i chce się ciąży pozbyć, ale także jej koleżanki, która z czystej lojalności wplątuje się w tragiczną sytuację. Z drugiej strony widzimy uciśniony naród, czekający na zmiany, zmęczony, przestraszony, nie mający wielkich nadziei na normalną przyszłość. Widzimy go jednak w tle, ledwie majaczący nam za dramatem głównych bohaterek, a jednak zauważalny.

Mungiu koncentruje się jednak na ludziach, ukazując nam ich w całości, kompletnie, bez wybielania, bez tłumaczenia. Nie rozwodzi się nad samą decyzją o usunięciu ciąży, pokazuje jej konsekwencje lecz bez zbędnego moralizatorstwa. Robi to wszystko raz ze sporą dosłownością, innym razem nabierając do bohaterów dystansu, co buduję wręcz niesamowitą atmosferę. Ukazuje nam człowieka. Nie dobrego, nie złego, po prostu człowieka, który podejmuje decyzje i jest zmuszony przyjąć ich konsekwencje. Nawet temat, jakże kontrowersyjny, schodzi na bok. Widz zostaje wciągnięty w opowiadaną historię i przeżywa ją wspólnie z dwiema dziewczynami.

Warto zaznaczyć, że 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni nie jest filmem lekkim. Wychodzimy z seansu przytłumieni, zamyśleni i ten stan przez jakiś czas się utrzymuje. Nie należy się jednak zrażać. Jest to jedna z tych produkcji którą trzeba zobaczyć, która porusza, lecz nie robi tego na siłę. Złota Palma w Cannes nie może być przypadkiem, liczne nagrody na innych festiwalach też nie. Warto iść do kina choćby po to, by przekonać się, że o Oskary wcale nie muszą walczyć najlepsze filmy.

Ocena: 6/6

styczeń 29, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | No Comments Yet

Metoda

Rozmowy kwalifikacyjne są dla wielu z nas sprawą dosyć stresującą. Często, w wyniku zdenerwowania pytaniami osoby sprawdzającej naszą ewentualną przydatność dla firmy do której aplikujemy, nerwy zżerają nas całkowicie, uniemożliwiając jakiekolwiek pozytywne zaprezentowanie się. Niestety, żyjemy w takich czasach, że odporność na stres jest cechą niezbędną niemal na każdym stanowisku, w każdej pracy. Prawdziwemu testowi swojej psychicznej odporności, ale także tego na ile nas stać, byle tylko dostać wymarzoną pracę, zostali poddani bohaterowie hiszpańskiego filmu Metoda.

Akcja produkcji, opartej na sztuce Jordiego Galcerana Ferrera, koncentruje się na losach siódemki ludzi, biznesmenów, menadżerów, prawników, którzy aplikują na jedno, zapewne atrakcyjne, stanowisko w dużej korporacji. Zostają zamknięci w jednym pokoju, a kolejne zadania stojące przed nimi, mające na celu wyłonić z tej siódemki jedną jedyną osobę, pojawiają się na monitorach. Zgaśnięcie monitora oznacza wypadnięcie z gry i tym samym niepowodzenie w procesie rekrutacyjnym. Tymczasem za oknem trwa strajk antyglobalistów przeciwko działaniom Banku Światowego.

Film Marcelo Pineyro ukazuje nam do jakich czynów, do jakich nieczystych zagrań, do jakich wręcz podłości skłonni są ludzie aby otrzymać wymarzoną pracę. Determinacja w eliminowaniu przeciwników, przy sporym udziale firmy, która prowadzi całą rozgrywkę, zaskakuje. Dla zagęszczenia atmosfery, pierwszą informacją, jaką otrzymują kandydaci, jest to że wśród nich znajduje się „pluskwa” – pracownik działu HR firmy. Rozpoczynają się wzajemne podchody, podejrzenia. Jakby tego było mało, okazuje się, że dwójka bohaterów ma wspólną przeszłość – łączył ich prawdopodobnie kilka lat temu romans.

Hiszpański reżyser bardzo sprawnie stopniuje napięcie, ale także humor, jak i dramaturgię. Mimo że akcja całego filmu rozgrywa się zaledwie kilku pomieszczeniach, momentami czujemy się jak na seansie porządnego thrillera. Największą zaletą Metody jest jednak przewrotność. Otóż tak naprawdę nie wiadomo, czy Ci, którzy pozostają w grze na pewno są zwycięzcami. Owszem, ich szanse na zatrudnienie teoretycznie wzrastają, jednak czy zapłacona za to cena nie jest zbyt wielka? Czy aby odnieść sukces należy się wyrzec wszelkich ideałów, uczuć i dać się ponieść ogólnemu pędowi? I w końcu czy takie zachowania są tym, czego firma od nas oczekuje? Reżyser, na szczęście nie sili się na łatwe odpowiedzi. Pozostawia kolejne osoby do naszej, widzów, oceny, nie definiując ich jednoznacznie. Nie ma czerni i bieli, są różne odcienie szarości.

Metoda wbrew pozorom nie jest filmem krytykującym wielkie korporacje, nie wciska nam „prawd” o wyzysku, haseł przyrównujących pracownika do nic nie znaczącego trybiku w maszynie. Jest to przede wszystkim smutna opowieść o nas samych. Polecam.

Ocena: 5/6

styczeń 27, 2008 Opublikował/a Piotr Michałowski | Recenzje | | No Comments Yet

Ingmar Bergman (14.07.1918 – 30.07.2007)

Zmarł jeden z najwększych, najznakomitszych reżyserów w historii kina. Ingmar Bergman – autor takich dzieł, jak Siódma pieczęć, Tam, gdzie rosną poziomki i wielu, wielu innych.

Pokój jego duszy.

Link do notki o Bergmanie na Wikipedii

lipiec 30, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Inne | | 1 komentarz

Sam sobie jestem winien

Nie wiem na karb czego mam złożyć pomyłkę, jaka mi się wczoraj przydarzyła. Zmęczenie po tygodniu pracy, późna pora, nie wiem przyznam, jednak faktem jest, że zachowałem się jak amator.

Otóż uznaliśmy, z moją ładniejszą połową, że wybierzemy się do kina na piątą część Harry’ego Pottera. Jako, że pomysł ten wpadł nam do głów dosyć późno, byliśmy święcie przekonani, że trafią nam się miejsca z boku początkowych rzędów. Otóż nie! Zaskoczenie – w Cinema City Bemowo 3/4 sali wolne. Nie mogąc się nadziwić jakie mamy szczęście, szybciutko zarezerwowaliśmy bilety.

Powód naszego “szczęścia” wyjaśnił się już w kinie. Otóż zamówiliśmy (właściwie to ja zamówiłem;)) bilety na wersję… z dubbingiem. Na szczęście moja luba zaledwie kilka minut z właściwą jej złośliwością komentowała moją zdolność organizacyjną, można było więc spokojnie obejrzeć flm. Co ciekawe, po pewnym czasie dubbing przestał aż tak bardzo razić i przeszkadzać.

A recenzja filmu może jutro.

lipiec 28, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Inne | | No Comments Yet

6 Movie Formulas That Must Be Stopped

Tym razem nic mojego, za to polecanka artykułu:

Dear Hollywood, Hi, it’s us! The people who spend money on your movies. Please stop making the same ones over and over again. We’ve seen the same recycled formulas year after year after year—and frankly, we’re tired of it.

Takimi słowami witają nas autorzy artykułu opisującego sześć przepisów na film, które powinny być, ich zdaniem zakazane.

Pełny artykuł znajdziecie tutaj.

I jak? Mają trochę racji?

lipiec 24, 2007 Opublikował/a Piotr Michałowski | Inne | | No Comments Yet